Biennale w Berlinie: Artyści do roboty

materiały prasowe

Czy sztuka może zmienić świat? To retoryczne pytanie, ale jest człowiek, który zadaje je na serio. Artur Żmijewski żąda od sztuki wymiernych i natychmiastowych skutków. Ten tekst powstawał w czasie kiedy artysta kończył przygotowania do tegorocznego Biennale w Berlinie, którego został kuratorem.
Gdybym miał wskazać najważniejszego polskiego artystę współczesnego, nie wahałbym się ani chwili. Jest nim Żmijewski. To stwierdzenie przychodzi mi z trudem, bo nie lubię jego twórczości. Jego okrucieństwa, bezwzględności i apodyktycznego tonu. Prac Żmijewskiego nie da się lubić, ale nie da się też ich zlekceważyć. Każdy jego projekt był jak kubeł benzyny dolany do ognia debaty o sztuce. Gdzie jest granica artystycznego eksperymentu? Jaką władzę oddajemy w ręce artysty? Żmijewski stawia te kwestie na ostrzu noża, ale naprawdę wyjątkowym czyni go fakt, że nie boi się udzielać odpowiedzi. Ten radykalizm zapewnił mu międzynarodowy rozgłos. To dzięki niemu prace Żmijewskiego są pokazywane w najważniejszych muzeach, z nowojorskim MoMA na czele. To dlatego oddano w jego ręce jedną z najpoważniejszych europejskich imprez artystycznych – Biennale w Berlinie. Na polu sztuki Żmijewski jest gwiazdą. Ironia polega na tym, że cały jego wysiłek skoncentrowany jest na wyrwaniu się z tego pola i wejściu w „prawdziwy” świat.

Drżące ciała

Na początku było ciało – tak można zacząć opowieść o twórczości Żmijewskiego. Studiował w pracowni prof. Grzegorza Kowalskiego na Wydziale Rzeźby warszawskiej ASP.
Tę pracownię popularnie nazywa się Kowalnią, i rzeczywiście, zasłynęła jako kuźnia radykalnych postaw. Podejście do rzeźby było tu zawsze nieortodoksyjne; rzeźbiarze od Kowalskiego materią swojej sztuki czynili psychofizyczne doświadczenia i własne ciała, a także przestrzeń społeczną. Żmijewski należał do legendarnej grupy studentów z przełomu lat 80. i 90., wśród jego kolegów i koleżanek z pracowni byli między innymi Paweł Althamer, Katarzyna Kozyra, Katarzyna Górna. Ich studia przypadły na czas politycznego i społecznego przewrotu. Po upadku komunizmu sztukę w Polsce, jej rolę i język trzeba było definiować od nowa. Absolwenci Kowalni znaleźli najmocniejsze definicje.

„Oko za oko” to projekt Żmijewskiego, do którego zaprosił osoby o „niekompletnej” anatomii. Ludzi, którym amputowano ręce lub nogi. Nadzy modele pozowali do szczególnych aktów: człowiek bez rąk niósł na plecach człowieka bez nóg. W filmie „Na spacer” artysta filmował asystenta, który zabiera na przechadzkę sparaliżowanego mężczyznę, animując jego bezwładne ciało niczym ogromną ludzką marionetkę. W 2001 r. zaprosił grupę głuchoniemych do chóralnego wykonania „Kyrie” z „Mszy polskiej” Jana Maklakiewicza.

W centrum zainteresowania Żmijewskiego nieprzypadkowo znalazły się ciała niepełnosprawne. „Predyspozycje ciała, jego niedomogi, kalectwo czy upośledzenie lokują nas bardzo wyraźnie w społeczeństwie – powiada artysta – w zasadzie określą nasze życie: jak będzie wyglądało, czy będziemy częścią centrum, czy ledwie tolerowanym marginesem”.

Te projekty odbierane były jako szokujące, nawet okrutne. Zrywały zasłonę litości, taktu i wstydu, którą zakrywamy obraz inności, aby go nie zobaczyć. Bezwzględność artysty osiąga kulminację w kontrowersyjnym przedsięwzięciu „80064”. To film dokumentalny, w którym Żmijewski namawia Józefa Tarnawę, byłego więźnia Auschwitz, do odnowienia zatartego przez czas tatuażu z tytułowym numerem obozowym. Sędziwy mężczyzna opiera się, ale w końcu ulega presji i godzi się na zrobienie tatuażu jeszcze raz.

Strażnicy i więźniowie

W filmie „80064” Żmijewski pojawia się jako postać moralnie dwuznaczna. To ważny aspekt jego twórczości. Artysta chętnie porzuca „jedynie słuszne”, czyste etycznie pozycje, aby przejść na drugą, ciemną stronę mocy. Po co? Dla Żmijewskiego sztuka jest narzędziem, ścieżką poznania – czy można poznać zło, jeżeli z założenia jest się zawsze tylko tym „dobrym”? Odpowiedzią na to pytanie miało być „Powtórzenie”, projekt przygotowany do Pawilonu Polskiego na Biennale w Wenecji w 2005 roku. To powtórzenie słynnego eksperymentu Philipa Zimbardo. Amerykański psycholog przeprowadził go na Stanford University w 1971 roku. W doświadczeniu brała udział grupa studentów, którą Zimbardo podzielił na „więźniów” i „strażników”, a następnie umieścił w zaimprowizowanym więzieniu. Uczestnicy zaskakująco łatwo przyjęli przypisane im role, w doświadczalnym zakładzie karnym doszło szybko do eskalacji przemocy. Eksperyment trzeba było zakończyć przed czasem w trosce o bezpieczeństwo „królików doświadczalnych”. Żmijewski pragnął sprawdzić, czy taki scenariusz jest nieunikniony. Zbudował model więzienia, które zaludnił ochotnikami grającymi role „klawiszy” i „osadzonych”. Sam pozostawił dla siebie rolę naczelnika zakładu karnego i jednocześnie Wielkiego Brata. Przebieg eksperymentu był monitorowany przez gęsto rozmieszczone w „więzieniu” kamery. Zapisy wideo złożyły się na film, który pokazano w Wenecji.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »