Być Schaefferem

Michał Korta / Bogusław Schaeffer

Wybitny kompozytor i dramaturg do tworzenia używa dwóch stołów – jeden jest od muzyki, drugi – od teatru. W dwóch mieszkaniach, bo miesiąc dzieli na część krakowską i salzburską. Doba też ma dwie części przedzielone 20-minutową drzemką. O godzinie 20 Bogusław Schaeffer mówi światu dobranoc. Astrologiczny Bliźniak. – Jest nas dwóch – twierdzi – ja i opinia o mnie.
Kraków – ten, co to nie pcha się na pocztówki. 80-letni mężczyzna, lekko przygarbiony. Jasna marynarka w kratkę, słomkowy kapelusz. Granatowa koszula, żółty krawat, żółta reklamówka. Głaszcze psa na przystanku. Przyklęka w kościele. W tramwaju uderza finezyjnie palcami o krawędź okna. Przytula twarz do szyby. Drzemie, podczas gdy miasto w szaleńczym pędzie krzyżuje ulice, szyny, razi światłami, wyświetla kolejne numery tramwajów… Film Macieja Pisarka „Solo” przypomina zwariowany teledysk, zły sen. Ludzie kłócą się, rozmawiają przez komórki, mają uszy zatkane słuchawkami i tępy wzrok, martwią się, męczą, jakieś stare zmęczenie i zmartwienie w sobie niosą. Schaeffer pozostaje za szybą, nawet kiedy ociera się o innych pasażerów. Mówi: – Z mojego mieszkania do centrum Krakowa jest 13 przystanków tramwajowych. Piszę w tramwaju. 13 przystanków, 13 pomysłów.

reklama

– Urodziłem się jako kompozytor, moim zadaniem było odnowienie muzyki. Kiedy we Lwowie tramwaj jechał koło naszego domu, koła skrzypiały przez 11 i pół sekundy. Komponuję dla samego siebie. Nikt nie potrzebuje mojej muzyki. Tak, tramwaje są mi bliskie.

Wrocław, Centrum Sztuki „Impart”. W programie „Multimedialne coś” Schaeffera. Po 16.00 przychodzi mężczyzna z reklamówką. Pan profesor. Boguś. Siada za fortepianem – w końcu robi w tym spektaklu oprawę muzyczną. Do niczego się nie wtrąca. Tę sztukę napisał specjalnie dla Marka Frąckowiaka, występują też Waldemar Obłoza i Agnieszka Wielgosz. Zaczyna się od wykładu na temat kultury. Wykład przekształca się w sprzeczkę między aktorami, wreszcie w potężną awanturę, do której wciągnięta zostaje publiczność…

Jak to u Schaeffera dużo jest kontrapunktów. Z rozważaniami o muzyce i teatrze sąsiadują ironiczne i autoironiczne gagi: przywoływanie pianisty do porządku („pan gra za głośno i po co panu tyle nut!”), próba przechwycenia czyjejś roli („tę rolę autor sztuki – takie trudne nazwisko – napisał dla mnie”), ubolewanie nad koniecznością kompromisu („tak chciałem coś innego zagrać, nie tylko seriale i seriale”), wreszcie rozpaczliwe wołanie, że tu się gra, splurwa kłać!

Potem wszystko zwalnia: kończą się obmacywanki i prężenie muskułów, a wywijająca jeszcze przed chwilą nogami Wielgosz wygłasza monolog – o tym, że substancja duchowa człowieka narażona jest na zaginięcie. „Tarzajcie się w swojej subkulturze!”– grzmi Schaeffer. „Zjeżdżajcie ze sceny proletariusze cywilizacji, sodomici przyszłości, wyznawcy plugastwa wszelkiego!”.

Muzyka – Religia

11 procent ludzi go nie rozumie – ocenia. W sensie wymowy (niewyraźnej), bo jeśli chodzi o twórczość, lepiej nie podawać liczb. Ma świadomość swojej hermetyczności i skłonność do monologowania. No, ale pytanie to trampolina, od której człowiek myślący odbija się choć trochę w górę. Przerywa, wsłuchuje się w dźwięki napływające z głośników, sprawdza w powietrzu akordy. Najchętniej mówi o muzyce.

Napisał 560 utworów – powód do nienawiści ze strony tych, którzy nie mają takiej łatwości pisania. Po co tyle komponuje, pytają. – A przecież możliwości muzyki są tak wielkie i tak niewykorzystane – to dla nas kompromitujące! – ocenia. – Trzeba komponować na miarę możliwości muzyki, nie na miarę kompozytorów! Tworzyć nowe rzeczy, odkrywać nowe powiązania. Jak w gastronomii – nagle okazuje się, że jakieś zioło świetnie do czegoś pasuje. Muzyka jest religią, uosobieniem wolności, oceanem bez brzegów. Cudem samym w sobie, jak stworzenie świata. Filozof przeczyta parę książek i oponuje, literat o naszej rozmowie może impresję napisać, malarz pochodzi po świecie i namaluje landszaft. A muzyka? Skąd czerpać? Gdzie zbierać nuty?

Lwów – Zranienie

Sześć lat – w tym wieku grał już na skrzypcach i fortepianie. Gdy miał dziewięć, postanowił, że będzie muzykiem. A od grania na skrzypcach ma prawą rękę dłuższą. To wyzwanie dla krawca – dlatego w sztuce „Aktor” ważną rolę powierzył krawcowi właśnie.

W dzieciństwie pisał też opowiadania. Zniszczył, bo ojcu nie podobały się te próby. Ojciec znał parę języków i atlas geograficzny na pamięć. Geograf, kartograf, kaligraf. Nauczył go, że pismo powinno być wyraźne (również w muzyce). I że mówić warto tylko o rzeczach wzniosłych i ważnych. Ale w czasie wojny ich zostawił. Cztery lata tułaczki, samotności, zranienia…

Nauczył się zapominać. Zmieniać temat, bagatelizować. Zresztą nie oczekuje od świata, by go rozpieszczał. Lwów odwiedził po 62 latach, był w miejscu, w którym kiedyś mieszkał. Miał spotkanie z publicznością. A potem nagle ta kobieta… Spytała, tak po prostu: „jak się pan czuje we Lwowie?”. Podszedł do okna. Płakał.

Ale czy to ważne? Wspomnienia, życie – to się nie nadaje do przetwarzania w sztuce. – Zwłaszcza w muzyce, bo muzyka jest abstrakcyjna, z życiem artysty niewiele ma wspólnego. Nie zależy jej na niczym i nikim. Podobać się innym – jakie to głupie… Komu?

Teatr – Klejnoty

20 minut przedstawienia – tyle mógł zobaczyć, kiedy w wieku 17 lat zachwycił się teatrem. Taką miał umowę z portierami, wpuszczali go bez biletu. Notował szczegółowe uwagi techniczne.

O tym, że tworzy dla teatru, długo nie wiedział nikt, nawet żona i pies. Sztuki pisał w kawiarniach. Zastanawiał się, po co ludzie tyle dobrej kawy piją, jak nic nie wymyślają.

Po dwóch–trzech dniach z tego, co napisał, pamięta niewiele. Więc wraca, wystawia sobie oceny (od 1 do 10). – Zamykam oczy, widzę wszystko na scenie. Źle się czuję, jak potem podczas spektaklu aktor wychodzi z innej strony niż w mojej wizualizacji – mówi. Ale na tym to polega: szczegóły sprawdza na instrumentach, jakimi są aktorzy. Zostawia im duże pole do popisu. Pod warunkiem że go zrozumieją. „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Jan Peszek uznał za tekst nienadający się do wystawienia, ateatralny. Gra go do dziś – to już 34 lata. „Scenariusz dla trzech aktorów” leżał 17 lat, zanim doczekał się premiery, nagród, kompletów na widowni i entuzjazmu.

Najpierw obojętność, potem moda, przekłady… A przecież jego dramaty nigdy nie ukazały się drukiem. A przecież nie mają fabuły. Marek Frąckowiak mówi, że sztuki Schaeffera przypominają pudełko z klejnotami. – Sceny są ponumerowane, ale można nimi żonglować, zmieniać kolejność. Jakkolwiek je ułożyć, te klejnoty pozostaną piękne.

Tworzenie – Tajemnica

Osiem minut dla teatru może napisać w półtorej godziny. Osiem minut symfonii to tygodnie pracy. Tworzy, nie myśląc, jakby w transie. Instynktownie, biologicznie. Nie wie, co to męki twórcze, niczego nie wysiaduje. Wystarczy mała kropelka, zachwyt… Dla Marka Frąckowiaka to nie łatwość tworzenia – to łatwość oddychania, życia. – On nie musi szukać natchnienia, natchnienie jest cały czas w nim.

Raz, w 1973, coś się zacięło. Przestał komponować, myślał, że już na zawsze. Po 26 miesiącach wrócił do muzyki. Powstała „Msza elektroniczna”. Jego utwory nawet dla niego są tajemnicą.

– Czasem dziwię się, że takie rzeczy potrafię stworzyć, jakby nie moją ręką… Jest coś takiego – wewnętrzny głos – który dyktuje mi muzykę, teksty. Do tego od razu przestrzennie, więc flety słyszę z lewej, a kontrabasy z prawej.

Pracuje bez celu, liczy się przyjemność. Radość dźwięku, radość słowa. Wciąż ponosi ryzyko – nie planuje, eksperymentuje. Pisze po kilka wersji. – Chociaż zdarzało się, że po ukończeniu utworu sprawdzałem go i zachodziłem w głowę: dobre, tylko czemu tak brzydko brzmi? Ale pisząc, rozwijamy się, dążymy do doskonałości.

I w Krakowie, i w Salzburgu ma dwa stoły – do muzyki i do teatru. Rano patrzy na nie – który go bardziej przyciąga. Po popołudniowej drzemce zaczyna nowy dzień – obliczył, że żyje w 2038 roku. Ważne, żeby nie tracić czasu na bzdury, nie odbierać ciągle telefonów. Twórca nie jest recepcjonistą hotelowym! Więc dyscyplina czy natchnienie?

– Charakter. Zawsze wiedziałem, że jestem dobry. Dobra rzecz znajdzie swoje miejsce. Nigdy nie zabiegałem o rozgłos. Zawsze chciałem być Schaefferem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »