Haruki Murakami – Coś spadło z przestworzy

East News

Przyjęło się, że Haruki Murakami to arcyciekawy pisarz o wyjątkowo nudnym życiorysie. Ale czy ktoś, komu dźwięk odbitej piłki przynosi objawienie, kto zaczyna wstawać o godzinie, o której wcześniej kładł się spać, i nagle zostaje maratończykiem, może być nudny?
Na początku był jazz. Chociaż były też studia literaturoznawcze na tokijskim uniwersytecie. No, ale nie każdy, kto studiuje literaturę, musi być powodowany ambicjami literackimi. Murakami nie był. A więc jazz. Kupowanie płyt za pieniądze zaoszczędzone na jedzeniu. Klub jazzowy – otworzył go wraz z żoną. Nazywał się Peter Cat – na cześć starego kota, który po trudach miejskiego życia trafił na starość na wieś. Bo Murakamiego wciągnął wtedy całkowicie rytm miasta. W ciągu dnia pracował w sklepie muzycznym, wieczorami udzielał się w klubie, a na noc wracał do domku stojącego na trójkątnej posesji między torami dwóch linii kolejowych. Zgrzyty, świsty, dudnienie, gwizdy, stuki… Był to bardziej świat dźwięków niż słów. Muzyka w klubie musiała grać na tyle głośno, żeby zagłuszała konwersacje. Sam ją zresztą puszczał, sam robił kanapki, mieszał drinki, zmywał naczynia, przyrządzał faszerowaną kapustę (na którą do dziś nie może patrzeć), no i siekał cebulę – worek dziennie (do dziś nie płacze przy tej czynności). Najlepiej czuł się w małej wnęce, w której połykał powieść za powieścią. Ale też mógł obserwować stamtąd „prawdziwe istoty ludzkie na żywo”. A potem przyszedł 1 kwietnia 1978 roku. Murakami miał 29 lat. Wybrał się na mecz baseballowy ulubionej drużyny Jaskółki Yakult. Miejsce miał na zapolu – żadnych trybun, ławek, tylko trawiasty stok. Więc leżał na tej świeżej trawie, pod bezchmurnym, wiosennym niebem, sącząc piwo i delektując się całością. Wreszcie na scenę wkroczył amerykański pałkarz Dave Hilton. Pierwszą piłkę posłał na lewe pole. Kij trafił z impetem w piłkę, po stadionie rozeszło się echo uderzenia… A w głowie Murakamiego pojawiła się, niczym objawienie, myśl: a może by tak napisać książkę? „Wciąż pamiętam bezkresne niebo, dotyk świeżej trawy i radosny trzask kija – wspomina. – Coś spadło wówczas z przestworzy i cokolwiek to było, przyjąłem ten dar”.

reklama

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »