Kamil Polak i jego animowany Mickiewicz

Materiały prasowe

20-minutowa animowana ekranizacja „Świtezi” Adama Mickiewicza (nie mylić ze „Świtezianką”) to niezwykły efekt 7-letniej pracy wielu ludzi z różnych krajów. Za ostateczny kształt widowiskowo pięknego filmu odpowiada jednak Kamil Polak, absolwent łódzkiej filmówki. W wywiadzie dla Zwierciadło.pl twórca mówi o niełatwym procesie tworzenia i aktualnych losach animacji.
– Czytałam wywiad z tobą sprzed kilku lat. Powiedziałeś w nim, że od bardzo dawna nie miałeś wakacji i że o nich marzysz. Odpocząłeś już?

reklama

– Miałem dwa tygodnie wakacji, aczkolwiek to nie było nic spektakularnego. Teraz wracam do pracy i innych projektów, czeka mnie dużo wyjazdów po festiwalach, ale to nie będzie odpoczynek.

– Ile lat robiłeś swój film?

– Praca trwała ok. 7 lat, ale z przerwami, na przykład na „Piotrusia i Wilka”. Gdyby je odliczyć, wyszłyby jakieś 3 lata.

– Zacząłeś pracę nad „Świtezią” w wieku 23 lat, teraz masz 30. Nie szkoda młodości?

– Czasami ludzie całe swoje życie robią przypadkowe rzeczy i jakoś im się czas rozmywa. Nawet gdybym miał ten film robić 15 lat, to i tak bym nad nim pracował. Dzięki temu coś po sobie zostawię… To tak szybko zleciało, jakby trwało tydzień. Czasami tylko przypominam sobie jakieś problemy, jak dużo się działo, jak długo. To trochę przytłacza.

– Zdarzały się chwile zwątpienia?

– Oczywiście. Animację robi się tak długo, że ciężko jest utrzymać w sobie pewną adrenalinę, którą żyją na przykład twórcy filmów fabularnych przez 30 dni zdjęciowych. Nam starcza energii na pierwsze dwa miesiące, potem robi się ciężko. „Świteź” na początku miał być dyplomem, projekt stopniowo się rozrastał. Chwilami przerastała mnie biurokracja związana z rozmiarem przedsięwzięcia. Zapominałem, że w ogóle robię film. Czasami też pracowałem w domu sam i zatracałem normalny rytm właściwy ludziom, którzy chodzą do pracy od godziny do godziny. Moja granica rozpoczynania pracy ciągle się przesuwała i nagle zorientowałem się, że zasiadam do komputera o 4 nad ranem! Czułem się tym dość zniszczony. Ale było też mnóstwo wspaniałych momentów. Takich jak współpraca z ludźmi Semafora i Human Ark.

– Dlaczego to trwało tak długo?

– Nie chciałem odpuścić pewnych wizji, które okazały się znacznie trudniejsze do wykonania, niż przypuszczałem. Na przykład nierealistyczny efekt stylizowanej wody, która zalewa ogień. Szukanie pieniędzy i sprzętu na pewno wydłużyło okres produkcji. Po raz pierwszy zmierzyłem się z taką ilością zadań matematycznych, technicznych, nie artystycznych. Nad „Świtezią” pracował cały sztab ludzi, nie tylko artystów, ale też informatyków, itp.

– Jak to się stało, że „Świteź” został międzynarodową koprodukcją?

– Na pewno ogromne znaczenie miała praca właściwie całej ekipy „Świtezi” przy „Piotrusiu i Wilku”. Różni producenci zapoznali się z projektem i weszli w to. Tym sposobem na przykład film został udźwiękowiony w Kanadzie. W Polsce natomiast nieocenioną pomocą okazał się Mickiewicz, sam dźwięk jego nazwiska otwierał wiele drzwi, bo kto podniesie rękę na wieszcza (śmiech).

Czy „Świteź” bywa mylony ze „Świtezianką”?

– Wszyscy mylą te dwa wiersze i pytają mnie, dlaczego zrobiłem film o miłości i rusałce. Nawet usłyszałem z niemałym przerażeniem, jak ktoś w jednym z wydań telewizyjnych wiadomości oznajmił, że premierę miał film „Świteź” na podstawie ballady „Świtezianka” Adama Mickiewicza. Na dodatek głos z offu dodał, że „młody bohater biegnie przez las i wpada do jeziora. To tyle z Mickiewicza”. Także jeżeli poziom informacji jest wszędzie podobny, to jest to trochę straszne.

– Dlaczego akurat ballada „Świteź”?

– Przede wszystkim ze względu na klimat grozy, trochę horroru, gotycyzmu. Postanowiłem zrobić coś w rodzaju animowanego thrillera, a poza tym stworzyć dużą rzecz, moje wcześniejsze dzieła były bardzo skromne. Wiedziałem od razu, że to wielkie wyzwanie, wystarczyło przejrzeć ilość wydarzeń, które należy przedstawić. Poza tym dziewczyna mojego kolegi, Irina Bogdanovich, jest muzyczką i bardzo chciała skomponować klasyczną, symfoniczną ścieżkę dźwiękową. A ja zawsze uwielbiałem muzyczne filmy i sam chciałem coś takiego zrobić. Dogadaliśmy się i wspólnie stworzyliśmy tę syntezę obrazu i dźwięku.

– Jak film został przyjęty w Berlinie?

– Na pokazy waliły tłumy. Publiczność zareagowała bardzo pozytywnie, dostaliśmy burzę braw, później ludzie podchodzili z gratulacjami. Wiem, że mieliśmy szansę na zwycięstwo, ale się nie udało. Poza tym w jury była Nan Goldin [światowej sławy fotografka, red.] i z tym się wiąże bardzo miła historia. Okazało się po jakimś czasie, że ona włożyła dużo wysiłku, żeby się ze mną skontaktować. W końcu jakiś jej znajomy do mnie napisał na Facebooku, że Nan bardzo by chciała dostać film. Dostałem do niej numer i zadzwoniłem. Powiedziała, że nasza animacja zrobiła na niej ogromne wrażenie i jest to pierwszy film zrobiony na komputerze, który jej się tak podobał. Oczywiście wysłaliśmy jej kopię.

– A czym się zajmiesz w najbliższej przyszłości?

– Film jeździ po festiwalach i zbiera różne nagrody (m.in. w Las Palmas, w Belgradzie wyróżnienie Fipresci). Ta „trasa” potrwa jeszcze ze dwa lata. Nie chcę zaczynać nic autorskiego, nie jestem gotowy, więc angażuję się w inne projekty. Pracuję w Human Ark gdzie zaczynamy robić serial dla dzieci pt. „Kacper i Adam” na podstawie książki Grzegorza Kasdepke pt. „Kacperiada”. A latem zaczniemy pracę nad efektami specjalnymi i animacjami do kręconego z dużym rozmachem filmu „Papusza” Krzysztofa Krauze i Joanny Kos Krauze o cygańskiej poetce. Zacznę też robić animacje do najnowszej sztuki Krzysztofa Warlikowskiego, z którym już wcześniej pracowałem przy „Dybuku”. Tak więc czeka mnie dużo bardzo zróżnicowanej pracy i to mnie cieszy.