Kolorowe artystki

fot. archiwum artystki

Jest coś w krakowskich artystkach, co zachwyca i wywołuje u mnie zazdrość gryzącą od środka. Dziewczyny są odważne, zabawne i czerpią od absolutnie najlepszych – na przykład od Pippi Langrstrumpf i Małej Mi. Taka Joanna Pawlik – wymachująca protezą od nogi, jakby miała nabić guza mieszczańskiej mentalności. Taka Monika Drożyńska haftująca makatki z pasją i prawdziwym gniewem. I jeszcze Cecylia Malik z tym swoim wchodzeniem na drzewa.
Znacie ten projekt? Właziła przez 365 dni na gałęzie – codziennie inne drzewo. Robiła sobie na nich zdjęcia, a ubrana była na kolorowo. Jakby w kontrze do zieleni, ale z drugiej strony mocno czerpiąc z przyrody. Namalowana flamastrem na konarach drzew machała nogami, zaprzeczając grawitacji i zdrowemu rozsądkowi. Jak wiemy, stateczne Matki Polki nie wchodzą nigdzie oprócz sklepu i kościoła. A tu rozległe wierzchołki na każdą porę roku – pomarańczowe na jesieni, gołe w zimie i fluoroscencyjne na wiosnę. W samym środku wesoła Cecylia gdzieś ponad naszymi głowami próbuje przejść na wierzchołek nudnego świata. Zdaje się powtarzać za Małą Mi: „nawet mrówek się nie boję”. I wysokości. Właściwie niczego. Dzielna, odważna Cecylia daje nam nadzieję, że i my możemy odkryć dla siebie nowe lądy. Dzięki przyrodzie wracamy z powrotem na drzewa, bo nic nam już innego nie pozostało – zepsuliśmy wszystko dookoła, to teraz należy podwinąć ogon i zacząć wszystko od początku.

reklama

Jak już Malik pozwiedzała przez cały rok drzewa, to zaczęła walczyć o krakowski Zakrzówek, który z zielonego terenu miał zamienić się w kolejne deweloperskie cudo. Z tymi wszystkimi metrażami, security na recepcji i innymi złotymi środkami na zagubienie i niepewność. Ludzie grodzą sobie osiedla, bo budują je zwykle na dzikich terenach i potem boją się, że przyjdą do nich w nocy duchy zabitych ptaków i je zadziobią. Wcale im się nie dziwię.

W każdym razie Cecylia powołała z przyjaciółmi Modraszek Kolektyw i ubrana w piękne, motyle skrzydła wywalczyła zieleń. Teraz eksploruje rzeki, pływając w zimnej wodzie małą łódeczką i wyglądając w niej jak jakaś Calineczka w łupince orzecha. Gdzie ona znowu płynie? Czy nie może, jako wykształcona artystka, normalnie stać przy sztaludze, tylko włóczy się po mokrych lasach i dostaje kataru? No nie może, niestety, bo Wisła potrzebuje pomocy. Bo dzikie tereny kryją w sobie wiele tajemnic. Na przykład śmieci, które durny człowiek zwoził w najdalsze leśne kąty w nadziei, że nikt ich nie zobaczy.

I tym samym dochodzi do sytuacji komicznych, gdzie w głuszy znajdujemy stare łóżko i krzesła. Najgorsza odnoga cywilizacji – odpadki. Natychmiast Cecylia zdejmuje kalosze i kładzie się na nich, odpoczywając. Ludzie ludziom urządzili ten pokój na świeżym powietrzu. Na jednym zdjęciu to Cecylia w takim przytulnym mieszkanku wygląda zupełnie jak z Doliny Muminków. Myślę, że Cecylię wymyślono gdzieś daleko, bo na pewno nie tutaj – W Szalenie Poważnej Polsce.

fot. archiwum artystki

Myślę, że mogła ją wymyśleć sama przyroda, dać sobie możliwość stworzenia ambasadorki z korali jarzębiny i płatków z kwiatów. Nogi dać jej mocne – z pnia drzewa, ręce dać jej mocne – z bluszczu. I skrzydła dodać motyla, ale schowane pod skórą. Żeby niepotrzebnie nie drażnić ludzi.

Ubrała Cecylię inna artystka – Monika Drożyńska, która zaprojektowała i uszyła specjalne ochraniacze na ręce, przydatne w czasie wspinania na ostre gałęzie. Ochraniacze są haftowane, wyglądają jak zapaski lub gorsety. W każdym razie są praktyczne i piękne. Mieszczą się do torebki, w związku z tym każda Leśna Księżniczka może zabrać je ze sobą i włożyć w odpowiedniej chwili, na przykład podczas osobistej audiencji drzewnej.

Tak mi trzeba tego oddechu, tej zabawy sztuką. Tak mi czasem potrzeba Julity Wójcik obierającej ziemniaki w nobliwej galerii Zachęta. I Zorki Wollny rozpisującej oratorium na chór niezadowolonych społeczników. Katarzyny Kozyry organizującej casting na samą siebie i jeszcze Anny Baumgart tropiącej domowe histerie kobiet. Bez tych wszystkich kolorowych ptaków umarłabym z nudów, w depresji i kolorze szarym.

Zawsze, kiedy zaczyna się dyskusja „co z tą sztuką?”, to poprawiam się na krześle i krzyczę „sztuka ma się świetnie bo się sztuką bawią!” Nie trzymają sztywno, nie koncypują, dopisując przypisy. Biorą za to kolorowe farby i chlapią z anarchiczną energią. I nas też przy okazji ochlapują i człowiek może choć na chwilę zatrzymać się w tym całym życiowym kociokwiku i rozejrzeć. Powiedzieć „to wspaniałe, być tak ochlapanym”. Bardzo wam za to, dziewczyny, dziękuję.