Mariusz Wilczyński – W lesie animacji

arch. Anna Wróblewska

Z malarzem, performerem, wyjątkową postacią polskiej animacji – Mariuszem „Wilkiem” Wilczyńskim o życiu, sztuce i leśnym poszyciu rozmawia Joanna Chludzińska.
– Na tegorocznym festiwalu Era Nowe Horyzonty czeka nas zakrojony na szeroką skalę projekt związany z Twoją osobą. Będzie to bowiem nie tylko retrospektywa Twoich filmów, ale i przegląd filmów Twoich studentów, zostaną pokazane Twoje ulubione animacje, Twój ulubiony film, pojawi się także książka o Twojej twórczości. Masz 48 lat, od 14 lat robisz animację. Cofnijmy się do tego chłodnego jesiennego wieczoru czy mroźnego zimowego poranka czy… no właśnie. Kiedy to wszystko się zaczęło?

reklama

To zaczęło się trochę przez przypadek i wszędzie deklaruję, że jestem w materii animacji samoukiem. To, co robię, od początku do końca jest moje, wszystko wymyśliłem sam, nigdy nie pytając nikogo o radę. Oczywiście jest w tym trochę kokieterii, bowiem skończyłem Akademię Sztuk Pięknych i to u świetnych profesorów (malarstwo u prof. Stanisława Fijałkowskiego i drzeworyt u prof. Andrzeja Bartczaka), co oznacza, że nie jestem kolejarzem ani brukarzem ani kucharzem, którym nagle zachciało się tworzyć animację. Cały czas pracowałemgdzieś w technikach pokrewnych, funkcjonowałem w krwioobiegu sztuki. Animację tworzę na własnych zasadach, które odbiegają od powszechnie przyjętych. Muszę o tym pamiętać, zwłaszcza jako pedagog, kiedy uczę studentów. Ja podjąłem ryzyko autorskiego, osobnego działania i mi się udało, ale nie każdego można wypuścić od razu na tak głębokie wody. Najpierw trzeba zdobyć jakieś podstawy. Oczywiście uwrażliwiam moich studentów na otwarcie głowy, na wrażliwość wyobraźni i coś, co jest dla mnie najważniejsze w sztuce, czyli stworzenie własnego idiomu, mówienie tylko swoim głosem.

– No dobrze, ale w takim razie czy kończąc ASP myślałeś o animacji?

– Nie, no co ty. Ja byłem malarzem i z moimi przyjaciółmi: nieżyjącym już niestety Maćkiem Szewczykiem, Darkiem Fietem i Mariuszem Wolańskim założyliśmy grupę performerską „Light Open Society”. Byliśmy pierwszymi VJ-ami w Polsce. To był rok ‘87. Tworzyliśmy wspólnie z wrocławskim zespołem Kormorany, bardzo ekscentrycznym i awangardowym, jak na tamte czasy. Robiliśmy spektakle na żywo. To polegało na tym, że my na ekranie w czwórkę improwizowaliśmy, używając slajdów i projektorów filmowych, budowaliśmy wspólny obraz czasami ruchomy, a czasami nie, powstawały też jakieś animacje, do muzycznych improwizacji wrocławskiej ekipy. To był zaczyn mojej dwutorowej drogi – bycia performerm i bycia animatorem. Z różnych powodów po jakimś czasie przestało mi pasować pracowanie w grupie. Stałem się trochę egocentrykiem. Po teledysku „O sole Mio” dostałem propozycję zrobienia scenografii do programu „Goniec Kulturalny” i przyjąłem ją, bo wspólnie z dziewczyną nie za bardzo mieliśmy wtedy kasę, chcieliśmy pojechać na jakieś wakacje nad morze. Pamiętam, że jedliśmy ciągle jakieś mrożonki albo serki homogenizowane. A ja zawsze chciałem dobrze żyć, bo uważam, że to polska bzdura pt. „tylko artysta głodny jest wiarygodny”. Pieniądze bardzo pomagają realizować swoje marzenia, iść do przodu. Po zrobieniu scenografii i tak musiałem siedzieć w telewizji przy nagrywaniu dubli. W programie było takie okienko literackie, gdzie Jacek Kopciński mówił o nowościach wydawniczych. Kiedy on mówił, ja automatycznie zacząłem robić rysunki. Zobaczyła to Ela Rottermund, ówczesna szefowa, i ona zaproponowała mi bym rysował do każdej książki ilustrację. A ponieważ jestem ambitny, z tygodnia na tydzień rysowałem coraz więcej. Przyszedł taki moment, że skleiliśmy te rysunki i to ożyło. Było to jedno z silniejszych doznań w moim życiu. W ciągu dosłownie trzech minut, wiedziałem, że wszystko, co do tej pory zrobiłem (głównie w malarstwie), już mnie nie interesuje. To było satori.

– To teraz pytanie o drugą stronę życia – przyszłość. Zegar pracy animatora bije znacznie wolniej niż reżysera filmów nieanimowanych. Ty masz już plany na duży kawałek swojego przyszłego życia. Teraz pracujesz nad „Zabij to i wyjedź z tego miasta”, w 2013 roku chcesz ukończyć „Mistrza i Małgorzatę”, w 2015 obejrzymy „Wodę ze sokiem”…

– To już nieaktualne. Przesunąłem te terminy. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” będzie w 2013. „Mistrza i Małgorzatę” skończę pewnie w 2018 roku, a „Na mój pogrzeb w czerwonej sukni przyjdź” w 2020.

– A „Wodę ze sokiem” kiedy?

– To już na starość, do trumny zrobię.

– Jaki zatem musi być animator, by się tak zamknąć w kopule czasowej? I gdzie w tym dalekosiężnym planowaniu jest miejsce na spontaniczność?

– Wszędzie. To tylko z boku tak wygląda. Ja nie jestem aż tak zamknięty. Co prawda mieszkam w lesie, ale ten las jest zaledwie dwadzieścia parę km od Warszawy. Raz w tygodniu mam zajęcia ze studentami, co jest dla mnie bardzo ważne. Następuje wtedy między nami szczególna wymiana energii. Poza tym się lubimy, dużo dyskutujemy. Fajnie patrzeć, jak oni się rozwijają. Moje dwie studentki z pierwszego roku, szalenie zdolne, koszą teraz najlepsze nagrody na festiwalach w Polsce. Nikt nie wie, o co chodzi. Mówię tu o Anicie Kwiatkowskiej-Naqvi i Natalii Brożyńskiej. Wracając do Twojego pytania: praca animatora to wolność, chociaż nie u każdego animatora ma ona taki sam wymiar. Ja nie jestem od nikogo uzależniony i to mi pasuje. Dostaję jakieś propozycje reklam, ale nie ma szans, bym tracił na nie czas. Jestem w tym względzie nie do kupienia. W filmie wszystko od początku do końca jest wymyślone, ale iimprowizowane, dlatego musisz narzucić sobie jakieś ramy czasowe, żeby nic ci się nie sypnęło, nie zapanował chaos. To jedyny sposób, by opanować tę lawę pomysłów. Praca nad animacją to swobodny lot, a określenie czasu na pracę to ustawienie słupów granicznych, żeby się w tym wszystkim nie roztrzaskać.

– W Twoich animacjach pojawiają się postaci „fantastyczne” jak z obrazów Boscha – hybrydyczne, trochę straszne, trochę śmieszne. Jak wygląda praca nad takimi postaciami? Podczytujesz może Owidiusza a może dużo śnisz?

– Teraz to już prawie nic nie czytam. Nie mam na to czasu. Oczywiście rodzi się we mnie poczucie dyskomfortu z przynależności do większej grupy polskiego społeczeństwa, tej nieczytającej, niestety. Codziennie pracuję po 8, 10, czasami po 12 godzin nazwijmy to twórczo i cały czas jestem pełną tubką, z której ta pasta artystyczna się wyciska. Zwróciłem się z tym problemem kiedyś, będąc jeszcze studentem, do mojego profesora na uczelni mówiąc, że prawie nic nie czytam. To mi odpowiedział, żebym nie czytał, jeśli moja wyobraźnia zupełnie wystarcza mi do tworzenia, nic złego się nie dzieje. Podobnie jest z moim angielskim, znam go bardzo słabo. Na wystawę wMuseum of Modern Art w Nowym Jorku chciałem się nauczyć, dać sobie na to 6-8 miesięcy. Na co sam kurator z MoMA mi powiedział: „Niech się Pan nie uczy, szkoda czasu. Proszę rysować”. Mój czas się kurczy, więc chcę go maksymalnie wykorzystać.

– Współpracujesz ze świetnymi muzykami. Ale ja nie chciałabym pytać o to jak wam się układa ta współpraca, ale o pewną jakość, którą stwarza muzyka w Twoich animacjach. Ona nie jest ani ilustracyjna ani analogiczna do tego, co się dzieje w obrazie. Tym bardziej daleko jej do tautologii. Żyje jakby własnym życiem. Z tego splotu – Twojej kreski i muzyki rodzi się opowieść. A jak Ty myślisz o muzyce w Twoich animacjach?

– Używania muzyki nauczył mnie Tomasz Stańko. Przy animacji „Niestety” to ja miałem udźwiękowić film, a Tomek podłożyć muzykę. Kiedy do niego przyszedłem ze skończonym projektem, był nieco wzburzony: „Co ty chcesz z tego zrobić, Bolka i Lolka?”. Na początku zrobiłem to tautologicznie. Jeśli pojawiał się zegar, w tle było tykanie. Kiedy spadała kropla wody, słychać było jej uderzenie o dno wanny itd. Dzięki Tomkowi otworzyłem swoją głowę i zacząłem myśleć dźwiękiem tak, jak myślę obrazem, czyli nigdy po prostej linii, ale w trybie wolnych skojarzeń, niekrępujących wyobraźni dopełnień. Np. w „Niestety” kiedy płynie statek przez miasto, podłożone są odgłosy puszczy amazońskiej. W tym kontekście powstaje nowa jakość i puszcza brzmi jak miasto, a miasto staje się dziką puszczą. Staram się poszukiwać przez nieoczekiwana zestawienia nowych wartości.

– Kogo zaangażujesz muzycznie do swoich przyszłych projektów?

– Przy „Kizi Mizi” bardzo dobrze współpracowało mi się z Frankiem Kozłowskim (razem też robiliśmy muzykę do mojej oprawy TVP Kultura), jest bardzo kreatywny i tak naprawdę w 3 to są jego pomysły. U niego właśnie nagrywałem aktorów do nowego filmu.

– No właśnie o „Zabij to i wyjedź z tego miasta” chciałam zapytać, bo to kolejny krok i nowe oblicze Twojej animacji. W starszych animacjach Twoje postaci milczą, nawet wtedy, kiedy nie są to ryby, które z zasady nie mają głosu. W powstającym już od 3 lat filmie padnie dla odmiany dużo słów. Wiem, że swoich głosów użyczyli Ci tacy wielcy artyści jak: Andrzej Wajda, Irena Kwiatkowska, Krystyna Janda, Andrzej Chyra, Zbigniew Rybczyński i wielu innych. Muzykę w całości nagrał Tadeusz Nalepa. Dopowiesz coś jeszcze?

– W tym filmie będę miał trzy nośniki. Wcześniej głównie używałem dwóch: obrazu i muzyki. Teraz dojdą jeszcze słowa. Nawet jak Ci powiem kogo zagrają artyści to i tak to nic nie da. Na przykład Wredna Matka Łódzka w tramwaju to Magda Cielecka, Ucięta Głowa Berlioza i Woland jednocześnie to Zbyszek Rybczyński, kotem Behemotem będzie Daniel Olbrychski (jak widzisz będą grać w tym filmie postaci z następnego mojego filmu), Tadeusz Nalepa to Tadeusz Nalepa, a Zbigniew Boniek to Zbigniew Boniek. Mogę Ci powiedzieć, że Tomasz Stańko występuje jako Konduktor Nerwowy, Janusz Kondratiuk będzie Konduktorem Kierownikiem, a Marek Skrobecki Konduktorem Flegmatycznym. Krystyna Janda będzie główną postacią, jej synka Janka zagra Maja Ostaszewska, którego ojcem jest Andrzej Chyra. W szpitalu pracuje Krzysztof Kowalewski jako Pan Wacław. Andrzej Wajda zagra takiego dziwnego staruszka i nie wiemy czy bliżej mu do Kaczora Donalda czy do zbzikowanego powstańca warszawskiego. Film miał trwać początkowo 40 minut, później 60, a teraz ma 102 minuty. Widziało go bardzo niewiele osób: może 6, może 8 i każda z nich mówiła mi: „ale jak to, to przecież ma tylko 40 minut”. Na co ja: „Ależ nie, to trwa godzinę czterdzieści”. Nikt mi oczywiście nie wierzy, bo podobno tak szybko się ogląda, mimo że na razie jest to tylko animatik, tzn. ma czarne dziury. Cały czas pracuję nad tym filmem z najlepszym pod słońcem montażystą – Jarkiem Barzanem. Mam nadzieję, że animatik skończymy za dwa miesiące, a film do jesieni 2013.

– Podobno przy „Śmierci na 5” z muzyką Grzegorza Ciechowskiego były plany na coś dłuższego. Niestety z wiadomych przyczyn nie wyszło. Czy zamierzasz jeszcze kiedyś wrócić do tego projektu?

– A wiesz dostałem niedawno propozycję od Wojtka Waglewskiego i od Fisza, z którymi pracowaliśmy na „Męskim graniu”, by to dokończyć. Z pomysłem czegoś dłuższego wystartował na początku Grzegorz Ciechowski. Widział teledysk, który zrobiłem dla Stanisława Soyki i bardzo mu się spodobały wszystkie stworki przeze mnie namalowane. Nasz wspólny projekt nazywał dosyć enigmatycznie: „Polska Żółta Łódź Podwodna”. Wszystko miało się zaczynać i kończyć „Śmiercią na 5”. Prowadziliśmy wtedy na ten temat bardzo luźne rozmowy. W trakcie pracy Grzesiek umarł i naturalne dla mnie było przerwanie tego projektu.

– „Śmierć na 5” jest najbardziej oszczędna pod względem ruchu, przełamuje ruch dośrodkowy w Twoich animacjach, który może się kojarzyć z wpadaniem do króliczej nory jak w „Alicji z Krainy Czarów”. W ogóle bardzo dużo w Twoich animacjach spadania, wpadania, wypadania w nieustannym żywiole metamorfozy.

– To wszystko zależy od tego, o czym tak naprawdę chcesz opowiedzieć. W „Śmierci na 5” nie chciałem za bardzo szaleć, chciałem pokazać najprostszą alegorię życia, która w słowach jest banalna, ale w animacji mam nadzieję, że tak nie wypadła. To jest dziwne, ale ja nigdy nie miałem problemów z opowiadaniem za pomocą skojarzeń, paraleli, za pomocą języka wywodzącego się ze snu. Ja mam raczej większy kłopot z tym, żeby te gonitwy myśli zatrzymać, opowiadać wolniej. W „Kizi Mizi” jest zupełnie inaczej. To nie ruch się zmienia, ale postać. To głównie mysz przechodzi metamorfozę. Natomiast koty są zawsze takie same.

– „Z Armatą na Wilka” – taki będzie tytuł książki o Tobie i Twojej twórczości. Ma on chyba przełożenie na pewną realną historię o męskiej przyjaźni, która zaczęła się tragicznie, ale która trwa do dziś w dobrej formie.

– Pełny tytuł to „Z Armatą na Wilka. Animowany blues Mariusza Wilczyńskiego” i rzeczywiście jest to związane z pewną historią rzeczywistą. Mój pierwszy film „Szop, szop, szop, szopę…” z 1999 roku dostał jakąś miażdżącą recenzję Jerzego Armaty.

– Podobno był to jeden mały akapit.

– Ja zapamiętałem to jako miażdżącą wręcz recenzję. Jak każdy twórca jestem egocentrykiem. To był wtedy mój początek, debiut i trzeba przyznać, że to co przeczytałem w tekście Armaty było, tej wersji się będę trzymał, miażdżące.

– Do tego stopnia, że miałeś w planach podwójny mord.

– To była podrażniona ambicja. Ja nad „Szop, szop, szop, szopę…” pracowałem ponad rok, włożyłem w ten film całe moje umiejętności, całe moje doświadczenie i całą moją wrażliwość. Podstawą w mojej pracy jest to, że zawsze wszystko robię na maksa. Tu także. Wymyśliłem sobie, że zamiast Chopina granego klasycznie, co było wtedy dość oczywiste, będzie Stańko, Urbaniak, Steczkowska. Wszystko sobie sam zaplanowałem, wymyśliłem, poustawiałem i pokleiłem. No i kiedy dostałem tę recenzję, byłem roztrzaskany. Pamiętam, że przeżyłem to bardzo. Wryło mi się w pamięć nazwisko Armaty i postanowiłem, że jak go spotkam to chyba zastrzelę.

– I w końcu go spotkałeś.

– No tak. To było w Krakowie, ale całe szczęście obyło się bez zbrodni i kary. Tak jakoś zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że mamy wiele wspólnego.

– Na przykład lubicie animacje i bluesa. A co z literaturą? Ja do niej jeszcze na chwilę powrócę. Wiem, że planujesz adaptację „Mistrza i Małgorzaty”. Czy marzy Ci się przełożenie innego klasyka na język animacji?

– Ja tę książkę bardzo lubię i dziwię się, że do tej pory nikt tego w animacji nie zrobił. Adaptację „Mistrza i Małgorzaty” wymyśliłem sobie dużo wcześniej, ale były dwie rzeczy, które mnie przed tym hamowały. Po pierwsze nie byłem jeszcze gotowy, a po drugie czułem, że byłoby to jak wchodzenie w czyjeś buty, na czyjś grunt. Zwłaszcza, że z adaptacjami klasyki rosyjskiej kojarzy się Piotr Dumała. Z resztą Dostojewskiego uwielbiam i sam bym coś z „Sobowtórem”, „Biesami” czy „Zbrodnią i karą” zrobił.

Zawsze myślałem, że „Mistrz i Małgorzata” to moja książka, intymna sprawa, a wyobraź sobie, że podczas przygotowań scenariusza, gdzieś przeczytałem, chyba w Wyborczej, że to ulubiona książka Polaków. I to mnie wtedy zmroziło, bo zapachniało łatwym sukcesem, czego zawsze staram się unikać. Dlatego nigdy np. nie zrobię reklamy. Mimo wszystko pracuję nad tą książką, nie potrafię się jej oprzeć. Myślę też, że najprawdopodobniej powstanie w języku angielskim.

– Na zakończenie dwa absurdalia. W swoich animacjach pozostajesz w stałej komitywie z kotem, psem, myszką. A jak to jest poza animacją?

– Z natury nie mówię o życiu prywatnym. Mam psa, a mieszkając w lesie na co dzień spotykam dużo innych zwierzątek. Nie wszystkie jednak włączam do animacji, jak widzisz. To są z resztą takie etapy. Pamiętam, że kiedyśw każdej mojej animacji musiał zajść albo wzejść księżyc. Są to pewne obsesje i intuicje, których nie sposób wyjaśniać.

– W czym balonik jest lepszy od parasola?

– A gdzie w moich animacjach są baloniki? A już wiem – rzeczywiście. Nigdy tak o tym nie myślałem. Umówmy się, że to są pewne rekwizyty. Skoro tak często się pojawiają to znaczy, że moja wyobraźnia jest jednak ograniczona. No patrz.