Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

André Gobeli / Piotr Kamler oraz francuski reżyser Jean-Pierre Jeunet podczas Festiwalu Filmów Animowanych Annecy
27 kwietnia 2011 in Sztuka by Anna Bielak

Piotr Kamler – Mam maszynę do poszukiwania szczęścia

Piotr Kamler to twórca wielokrotnie nagradzany na prestiżowych festiwalach filmowych. Wiele lat spędził w Paryżu, mówi się jednak o nim, że mentalnie wpisuje się w filozoficzny nurt polskiej animacji lat 60. Za każdym razem tworzy świat całkowicie własny, jednorazowy, nad którym może zapanować – „świadomie określić kolor, formę oraz jej trwanie, kierunek i ruch”. Podczas 51. Krakowskiego Festiwalu Filmowego, w dniach 23-29 maja 2011, Piotr Kamler otrzyma Nagrodę Smoka Smoków za całokształt twórczości. W Krakowie odbędzie się retrospektywa jego filmów oraz wystawa rzeźb – utworów przestrzennych.

– Ma pan za sobą lata kariery jako animator, długi pobyt w Paryżu, kilkanaście filmów na koncie. Czeka pan obecnie na wystawę w Krakowie, gdzie odbierze pan nagrodę za całokształt twórczości. Gdzie leżą początki pana kariery?

– Mam starszego brata, który zawsze i we wszystkim był ode mnie lepszy. Sztuka pozostała jedyną dziedziną, w której mogłem osiągnąć coś, w czym nie czułem się gorszy od niego. Zapisałem się na kurs rysunku i to, co zacząłem robić niezwykle mi się spodobało, więc zdecydowałem się zdawać na Akademię Sztuk Pięknych. Cała rodzina była absolutnie przeciwna mojej decyzji, a w tamtych czasach słuchało się jeszcze ojca. [śmiech] Początkowo uzyskałem tylko zgodę na zdawanie na wydział architektury. Akceptację grafiki wymusiłem niemal leżąc na stole zabiegowym podczas bardzo ciężkiej operacji wyrostka. Po niespełna dwudziestu latach od tamtego momentu spotkałem przypadkowo ówczesnego rektora Akademii, który wyznał mi, że z mojego powodu jedyny raz w życiu przyszedł do niego kolega (mój ojciec się z nim przyjaźnił), by prosić o to, aby jego syn nie dostał się na studia…

– Jak to się zatem stało, że znalazł się pan później na stypendium w Paryżu?

– Byłem na przedostatnim roku Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Niejaki pan Kucharski – ówczesny mecenas z Paryża ufundował roczne stypendium dla jednego studenta na wydziale grafiki. Z całą historią wiąże się ciekawa anegdota – rzekomo chciał on koniecznie, żeby stypendium dostał student o takim jak on nazwisku. Pech chciał, że nie było nikogo takiego. Miał go więc zadowolić ktoś, kogo nazwisko zaczyna się na „K” – i to byłem ja! [śmiech] Mówiąc poważnie, decyzji towarzyszyło wiele innych względów. Tak się złożyło, że miałem za sobą już debiutanckie „Miasto” (1959) i nagrodęza grafikę, którą dostałem w Wiedniu. Udało mi się więc wyjechać. Miałem szczęście. W ogóle miałem w życiu dużo szczęścia! Na przykład, że udało mi się we Francji przeżyć co nie należało wtedy do najłatwiejszych dla Polaka. I do tego artysty. Z początku miałem gdzie mieszkać. Pan Kucharski zapewniał swojemu studentowi duże, niemal luksusowe studio. Problemem był jedynielokaj,który przychodził tam co tydzień, aby sprzątać. Sprzątał i donosił o wszystkim– między innymi o tym, że regularnie zdejmowałem białego orła, który wisiał nad moim łóżkiem. Trudno mi było pogodzić moje codzienne, prozaiczne życie z tym majestatycznym symbolem. Zostało to jednak uznane za sabotaż antypaństwowy i w końcu dostałem list od swojego mecenasa, ostrzegający mnie, że jeśli nadal będę się tak skandalicznie zachowywał, on napisze do ambasady i moje stypendium natychmiast dobiegnie końca.

– Na szczęście tak się nie stało, spotkał pan w Paryżu ludzi, którzy pomogli panu rozwinąć skrzydła…

– I nikt mi tych skrzydeł nie kazał zwijać. Pojechałem do Paryża z drewnianym kufrem swojej babci, był większy ode mnie. Przywiozłem w nim też moje debiutanckie „Miasto”. Miałem w sobie niesamowity zapał i energię (której teraz zupełnie nie rozumiem!). Chciałem wszystkim pokazać film. Wypożyczyłem ośmiomilimetrowy projektor w papierowym pudełku przewiązanym sznurkiem i chodziłem z nim jak komiwojażerod miejsca do miejsca. Tak poznałem między innymi sławnego animatora Aleksandra Aleksiejewa, z którym ogromnie się zaprzyjaźniłem. Trafiłem wtedy też do środowiska, w którym prym przewodził Pierre Schaeffer. Wokół niego co tydzień zbierali się muzycy, intelektualiści – tworzyli razem swoiste centrum twórczych poszukiwań. Wszyscy zobaczyli mój film. Bezwzględniewyszydzili ścieżkę dźwiękową, ponieważ połączyłem abstrakcyjne dźwięki z fragmentami IX Symfonii Beethovena, którego gorliwie zwalczali. Kazali sobie jednak puścić film bez dźwięku i dali mi szansę zrobienia czegoś następnego.

 

– Tak rozpoczęła się pana współpraca z Pierrem Schaefferem. Czego ktoś, kto zajmuje się obrazem, może nauczyć się od kogoś, kto zajmuje się dźwiękiem?

Słyszałem o Schaefferze jeszcze jako student warszawskiej ASP. Przyjechał on na koncert muzyki współczesnej podczas Warszawskiej Jesieni. Przechodziłem wtedy mały kryzys, miałem dosyć akademickiego modelu studiowania. Ojciec przyniósł mi z Politechniki  najprostszą 8 mm kamerę, zawiesiłem ją na szafie w moim pokoju i zacząłem nią tworzyć ruch. Uzyskiwałem go początkowo dzięki stopniowemu, naprzemiennemu nawarstwianiu białego i czarnego proszku. Ciągle miałem jednak w głowie konkretną koncepcję muzyki, chciałem, żeby elementy plastyczne spełniały taką samą rolę co dźwięki. Moja idea trafiła w Paryżu na dobry grunt. Uznano tam, że nasze eksperymenty są podobne i to ich zaciekawiło. U Schaeffera nauczyłem się opracowywania dźwięku, komponowania, mieszania różnych elementów i tworzenia z nich całości. Dźwięki i formy plastyczne miały się równoważyć, zastępować, dopełniać itp. Wszystko, co robiliśmy było tam traktowane jako poszukiwania – rechecheres mnie nazywano chercheurem –poszukiwaczem. Zrobiłem cały szereg eksperymentalnych filmów z muzykami wśród których był m.in. Yannis Xenakis czyLuc Ferrari. Niestety to, co robiliśmy u Schaeffera nie zawsze było dobrze widziane, często było wygwizdywane.

– Wszystko to przypomina mi jednak eksperymenty surrealistycznej grupy pod wodzą Andre Bretona…

– Nazwę dla połączenia ruchu z czasem, którym zacząłem się zajmować wymyślił nie kto inny, jak tylko Andre Breton! Ruch zatrzymany w przedmiocie, gotowy do zrealizowania się, ruch potencjalny określił on mianem konwulsyjnego.

– Jesteśmy teraz w pana pracowni. Na półkach stoi mnóstwo rzeźb – utworów przestrzennych, w których czas i ruch są zatrzymane jakby w stopklatce. Żadna z rzeźb się nie porusza, prócz jednej. Cóż to?

– To maszyna do poszukiwania szczęścia. Zrobiłem ją dla swojego wnuczka. Co roku miał dostawać ode mnie tego rodzaju prezent, ale zanim on skończył osiem lat, ja byłem gotowy na jego dwudzieste urodziny! Rzeźby zaczęły żyć własnym życiem. Ich powstawanie stało się w jakimś sensie odpowiedzią na moje zniechęcenie do filmu. Na długi czas przestałem robić animacje i znalazłem w rzeźbach ruch. Ruch, który tak się zbanalizował, stał się powszechny zacząłem zamykać we wnętrzu przedmiotu czekającego na to, by obejrzeć go ze wszystkich stron. Poczuć jego rytm, zauważyć dynamikę. Podczas pracy nad rzeźbami znów jednak przyszła do mnie ochota na obcowanie z realnym ruchem. Wróciłem do animacji i tym sposobem rozgryzłem problem ruchu i czasu z dwóch odmiennych perspektyw.

 

– Widzę tu wszędzie ruch, jak pan wprowadza w formę plastyczną czas?

– Podczas Krakowskiego Festiwalu Filmowego odbędzie się wystawa, na której wystawionym przestrzennym rzeźbom będzie towarzyszyć stała projekcja filmów. Prowizoryczna nazwa tej wystawy brzmi: „Czy czas istnieje?”. Czas i ruch są bardzo ściśle związane. Różnica między nimi polega na tym, że ruch istnieje, a czas nie – jest on tylko funkcją ruchu, jego podłożem. Leibniz traktował ten problem w analogiczny sposób, to więc nie moja teoria. Kiedy patrzymy na rzeźby, czas jest formą umowną, jest elementem wyobrażonym. Obcowanie z rzeźbą wymaga jednak zarówno ruchu, który umożliwia zbadanie jej ze wszystkich stron jak i jakiejś przestrzeni czasowej, w jakiej ruch ów się odbywa.

Strony: 1 2


Rajskie ptaki w Twoim ogrodzie

Wiosna i lato to czas wyjątkowych spotkań na świeżym powietrzu. Garden party czy weekendowe przyjęcia z bliskimi na tarasie mają swój niepowtarzalny i bezpretensjonalny urok. ...

Wywiad SENSu: Joanna Brodzik

Na prośby widzów wróciła właśnie na plan szóstego sezonu serialu z cyklu „Nad rozlewiskiem”, na prośbę naszej redakcji po raz trzeci pojawiła się na okładce ...
zamknij [x]

POLECANE KSIĄŻKI