Seriale – Sen śniony przed telewizorem

Kadr z serialu "Plebania" / fot. East News

W fabrykach cygar przedrewolucyjnej Kuby lektor, niczym proletariacka Szeherezada, czytał codziennie romantyczne historie. Chodziło o to, by robotnice przyszły na drugi dzień do pracy. Tak rodziła się telenowela… Miliony Polaków śnią dziś przed telewizorami codzienny sen o rzeczywistości. Czy serialowe produkcje mogłyby być choć trochę lepsze?
Telenowela powinna mieć temperaturę ludzkiego ciała – 36,6 stopnia, a emocje skakać co najwyżej do stanu podgorączkowego. Ktoś robi herbatę, gotuje obiad, wyładowuje zakupy – rozpisane drobiazgowo czynności imitują rytm życia. W okolicach 20. strony scenariusza powinien nastapić zwrot akcji: Henio oświadcza się Ninie, Błażej chce rzucić Kamilę, Elżbieta wybacza wiarołomnemu mężowi…

reklama

– Teoretycznie serial różni się od telenoweli zasadniczo: temperaturą, tempem akcji, konstrukcją bohaterów. Serial to bystra rzeka, telenowela – spokojne jezioro – mówi scenarzysta Marcin Czaba. W Polsce jednak różnią się niewiele. Świat przedstawiony i bohaterowie są w obu gatunkach tacy sami.

Bez faceta się nie liczy

To świat wyprany z kontekstu politycznego i społecznego. Nie ma w nim bezrobocia, biedy, problemów w pracy. Nie ma poglądów, pasji, zaangażowania społecznego. Nie ma dyskusji o tym, co dzieje sie za oknem, w kraju, trafiają tu co najwyżej odpryski realnego świata: lokalny polityk chce wykorzystać plebanię do wyborczych celów, ale zostaje przez proboszcza skrytykowany. Ktoś pije, ale (z pomocą wiernej żony, oczywiście) się poprawia. Bohaterowie nie chcą wpływać na otaczajacy świat – poza światem rodziny. Inny przecież nie istnieje…

Rodzina z telenoweli jest zdecydowanie patriarchalna: każdy jej członek ma społecznie rozpisane role. Kobieta strzeże domowego ogniska i wybacza mężczyźnie zdrady. W serialach roi sie od wyzwolonych singielek, które robią karierę, ale ich życie osobiste koncentruje się na znalezieniu wymarzonego mężczyzny. Samotność jest źródłem frustracji, a samodzielność nie ma żadnej wartości bez faceta, zaś obyczajowy luz polega na przyjaźni z poczciwym gejem. Żadnych rozmów o seksie! Broń Boże sugestii, że seks nie musi służyć prokreacji. Dorota z „M jak miłość” usunęła kiedyś ciążę – i ponosi za to karę: każdy facet zdradza ją i oszukuje… Nad wartościami rodzinnymi czuwa Kościół idealny. Ojciec Mateusz, lokalny święty (równie dobry i mądry jest jego biskup), rozwiązuje problemy małżeńskie i broni Sandomierza przed zbrodnią, a upierdliwy komendant wścieka się, że ksiądz wtrąca mu się do śledztwa (bezustanna obecność duchownego na posterunku jakoś nie kłóci się producentom z zasadą rozdziału Kościoła od państwa)…

Te wszystkie produkcje – wynaturzony spadek po XIX-wiecznej powieści mieszczanskiej – udają rzeczywistość, prawdziwe problemy i związki, są filmowym odpowiednikiem portali społecznościowych, które pozorami przyjaźni zapełniają głód relacji międzyludzkich.

– Każdy człowiek potrzebuje historii, opowieści, musi zapełnić pustkę emocjonalną i informacyjną – mówi Marcin Czaba (pracował m.in. nad telenowelami „Na Wspólnej”, „Biuro kryminalne”). – Jezeli więźnia wrzucimy do izolatki, najgorzej znosi to, że jest sam na sam z własnymi projekcjami, z samym sobą. Każdy potrzebuje też wartości – i telenowela jest taką mapą wartości. Składa się na nią przyjaźń, rodzina, zasada, że nie można komuś zrobić świństwa, bo zło wróci do sprawcy. Postacie nie mają właściwie żadnych charakterów, ani złych, ani dobrych, mają być dla widza przyjaciółmi, kimś, kto da przykład, jak rozwiązac sytuację życiową. Zacząłem pisać dla pieniędzy, z czasem jednak zacząłem myśleć, że może codzienny sen, który snujemy poprzez telenowele, może dać coś pozytywnego i starałem się dawać ludziom dobre wartości.

Zdaniem Mirosława Filiciaka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej dzięki serialom ludzie dostają narzędzia do myślenia o swoim życiu i język, którym mogą porozmawiać o sprawach prywatnych poprzez wymyślone postacie.

– Seriale często pokazują nam lukrowaną wersję rzeczywistości, odwołują się do aspiracji widzów: tego, jak chcieliby mieszkać, jaką mieć pracę, męża. Ale mimo wszystko bazują na realiźmie emocji, napięciach między znajomymi, współpracownikami czy w obrębie rodziny. Produkcje jawniej dystansujące się od codzienności wymagają od widza przygotowania, narzędzi.

Nie kazdy może sobie pozwolić na luksus marnowania czasu, ogladając coś, co nie jest łatwo przekładalne na jego życie i problemy. Ci zaharowani i słabiej wykształceni w pewnym sensie są skazani na oglądanie czegoś, co jest rozrywką, ale co pozwoli jakoś przetrawiać swoje życie, przejrzeć się w tym, co się dzieje na ekranie. Poza tym jeśli 9 milionów widzów ogląda „M jak miłosc”, można mówić o uwspólnianiu przeżywania – ludzie o tym opowiadają – i to dla nich ważne, potrzebne. Często sie różnimy, często nie mamy o czym ze sobą rozmawiać, możemy to robić poprzez serial – uważa Mirosław Filiciak.

Heblowanie ego

Kadr z serialu "M jak Miłość" / fot. East News

Czy polska telenowela mogłaby być lepsza? – To zwykły produkt, który ma się sprzedać obok proszku do prania i podpasek. Mój znajomy powiedział kiedyś: „po co mam robić ładną reklamę, kiedy za pół ceny zrobię brzydką i też będzie działać?” – mówi Marcin Czaba. – Tu nie ma czasu na cyzelowanie, choć robimy, co możemy, żeby efekt był jak najlepszy – główny scenarzysta musi wyprodukować tygodniowo z grupą nawet 300 stron tekstu. Efekt końcowy to wypadkowa pracy scenarzystów, producenta, reżysera, redaktora.

– W pracy nad telenowelą budzą się demony całego zespołu, widać, jakie kto ma problemy małżeńskie czy emocjonalne. Te demony mogą zmienić całą fabułę. Producent mówi na przykład: „mojej żonie się przyśniło, żeby zmienić zakończenie”. Więc piszę tak, jak żonie się przyśniło. To takie heblowanie własnego ego. Jeśli ktoś z ekipy ma normalne pozycie małżeńskie – chce, by fabuła była prowadzona bez ekscesów i afer. Jeśli bohaterka przez cały serial się nie całuje – może to świadczyć o kłopotach autora z relacjami damsko-męskimi. Zmianę tekstu próbują też wymóc na scenarzystach aktorzy: „Dlaczego tej postaci to robicie?! Co ona winna?!” – słyszymy. Są tacy, którzy przychodzą z propozycjami na 100 odcinków naprzód i co chwila coś próbują dorzucić. Są aktorki epizodyczne, które zabierają scenarzystę na romantyczną kawę, proponując „rozbudowanie wątku” (znam przypadki, że scenarzysta ukrywał się przed aktorką…). Czasem jedźiemy dwie godziny przez Warszawę, by usłyszeć prośbę o zamianę jednego słowa na drugie. To ciężki kawałek chleba.

Stacje na łańcuszku badań

Seryjny morderca i świetny policjant? Gangster z problemami rodzinnymi? Pielęgniarka uzależniona od leków? Transwestyta? W Polsce taki bohater jest nie do pomyślenia. Podczas gdy amerykańskie telewizje udowadniają, że rzeczy naprawdę ciekawe produkuje się nie w Hollywood, tylko dla stacji telewizyjnych, w Polsce pielęgnuje się ciągle ten sam skansen.

– Problemem polskich seriali jest to, że są zwierciadłem odbijającym rzeczywistość w skali jeden do jednego – mówi Mirosław Filiciak. – Dobrze byłoby, gdyby to zwierciadło trochę się wykrzywiło i pozwoliło urefleksyjnić, przekształcić rzeczywistość, wypunktować pewne rzeczy. Takim wykrzywieniem jest w „Ranczu” Amerykanka, która z innego świata spojrzała na nasz świat. Ale to rzadkość. Seriale nie prowokują, tylko „doklejają się” do tego, co ludzie mają w głowach i duszach. Nie wprowadzają elementów destabilizacji i niepokoju, żebyśmy mogli się zastanowić, jak wygląda nasze życie i relacje z innymi. W serialu amerykańskim wychodzi się od społecznych klisz, np. w „Trawce” mamy gospodynię domową, która się troszczy o dzieci i jednocześnie sprzedaje narkotyki. To pokazywanie świata, który jest pęknięty, niestabilny. U nas nikt się nie może zebrać na odwagę, żeby to zrobić. Taką próbą była „Ekipa” Agnieszki Holland i Kasi Adamik: serial dobrze zrobiony i wolny od naiwności, nawet gdy się pojawiały klisze gatunkowe. Politycy tam pokazani nie byli ani dziwnymi Onymi, jakich serwują nam programy informacyjne (to też zresztą rodzaj telenoweli), ani serialowymi lokalnymi krętaczami. Tylko co z tego, gdy pora emisji była tak późna, że serial trafił w niszę tych widzów, którzy i tak oglądają dobre seriale.

Polskie seriale są złe z wielu przyczyn. – Bo cała kultura masowa jest taka – mówi Witold Górka (przez prawie rok współtworzył scenariusz do „Plebanii”). – Bo film polski też jest zły. Młodym filmowcom nie daje się czasu, by mogli popracować nad scenariuszem, chociaż od lat mówi się, że scenariusz to najsłabszy element polskich produkcji. Chodzi o to, by jak najszybciej zrobić film i jak najszybciej wziąć kasę. Kiedyś w studiach filmowych był kierownik literacki, który odpowiadał za jakość tekstu, teraz z powodu oszczedności ta funkcja zanikła, a studia niczym nie różnią się od zwykłych przedsiebiorstw produkcyjnych. Chociaż oczywiście istnieją szlachetne odstępstwa od tej reguły.

– Szuflady producentów są zapełnione dobrymi scenariuszami – mówi Marcin Czaba. – Ale kto wyprodukuje taki serial jak „Sześć stóp pod ziemią”? Telewizja publiczna? Po co robić coś ciężkiego i drogiego, skoro można zrobić coś lekkiego i taniego i też pozyskać reklamodawców? Stacja komercyjna? Może, ale i tak pokaże to po północy. Bo po co ryzykować? Zaproponować producentowi scenariusz podobny do „Dextera” i zobaczyc jego minę: bezcenne. „Coś ty, oszalał?” – spyta. Mniejsze ryzyko, jak sie kupi kontrowersyjny serial amerykański i pokaze go pózno, najwyżej mozna powiedziec, ze Polacy tego nie łykneli. Jesli sie polegnie na polskim – o, to juz poleca głowy!

– Bo nasze społeczenstwo jest bardzo tradycjonalistyczne i seriale pokazuja nam to, co wynika z badan robionych przez socjologów – że dla Polaków, także młodych, największą wartoscią jest rodzina – mówi Mirosław Filiciak. – Telewizja nie stara się być narzędziem społecznych zmian i podtrzymuje status quo. Producenci boją się rewolucji i reagują na to, co ludzie mówią w badaniach. W USA najlepsze produkcje powstają dla telewizji kablowych, których widzowie są dobrze sytuowani i płacą abonament. One się nie boją reklamodawców. Polskie stacje chodzą na łańcuszku badań, bo są od reklamodawców zależne.

Społeczeństwo serialowe

Telenowele i seriale, stając się dla wielu milionów Polaków źródłem wiedzy o rzeczywistości, zastąpiły prawdziwe rytuały umożliwiające poznanie świata. Sztuczny świat – bez strachu, bólu, katharsis – nie przygotowuje na konfrontacje ze światem prawdziwym i samym sobą. Szczególnie szkodliwe wydaje się przesłanie serialowej rzeczywistości: nasze życie zależy od abstrakcyjnego losu, a nie od naszych decyzji. Sen śniony przed telewizorem utrwala przekonanie, że nie ma co szukać aktywności poza rodziną, spierać się, konfrontować z odmiennoscią, chodzić na wybory, angażować się społecznie. Choć polscy producenci dowodzą, że seriale i telenowele niosą ważny ładunek poznawczy, to wyłącznie element autoreklamy. O ile na poczatku lat 90. takie produkcje rzeczywiście odgrywały ważną rolę edukacyjną po komunistycznym potopie, dziś, choc pojawiają się wątki: trzeba się szczepić na grypę, nie wolno bić gejów i Murzynów, dziecko niepełnosprawne też można kochać, należy posyłać dzieci do przedszkola i oszczędzać – jednak są to wątki skrajnie bezpieczne, z którymi na ogół wszyscy i tak się zgadzają. Nikogo nie prowokują do dyskusji i nikogo nie urażają. Poza tym wplątanie w seriale elementów edukacyjnych bywa dla producentów złotą żyłą: np. za propagowanie akcji przedszkolnej w „Plebanii”, „M jak miłość” i „Barwach szczęścia” Ministerstwo Edukacji Narodowej zapłaciło TVP ponad 740 tys. zł, a za propagowanie edukacji ekonomicznej NBP dał tej stacji ponad 1,8 mln zł…

– Nie do końca zgadzam się z tym, że seriale to tylko eskapizm, guma do żucia – twierdzi Mirosław Filiciak. – Seriale są potrzebne, żeby ludzie w ogóle pomyśleli o swoim życiu. Z warszawskiej, średnioklasowej perspektywy są strasznie konserwatywne, ale może na przykład kobiety z prowincji zdołają zobaczyć w nich rzeczy, które dla nich są skrajnie postępowe?

– Co by było, gdyby ludziom zabrać seriale? – zastanawia się Marcin Czaba. – Zobaczmy, jak brutalny przekaz daje polityka, która przecież też nie jest odbiciem rzeczywistości. To idealistyczne założenie, że jeśli komuś zabierzemy telenowele, zacznie czytać albo się rozwijać w inny sposób.

Pani Krysia rzuca mięsem

Od półtora roku w Internecie można ogladać „Klatkę B”, horror komediowy wymyślony przez Bartłomieja Szkopa, studenta socjologii. Serial udaje dokumentalny materiał badawczy, a naturszczycy grający mieszkańców wrocławskiego blokowiska opowiadają o swoich frustracjach, nienawiści do sąsiadów, psich kupach, nawiązują do wydarzeń politycznych. Językiem brutalnym i prawdziwym. Kultową postacią tej produkcji jest pani Krysia (w rzeczywistości emerytowana garderobiana i modelka na ASP), która nie stroni od rzucania mięsem i w której możemy się boleśnie przejrzeć.

– Na razie to prototypy, ale może niebawem będziemy oglądać w Internecie dobre seriale zrobione przez ludzi spoza głównego nurtu? W sieci nie ma cenzury, można pokazać, co się chce, ze wszystkimi tego konsekwencjami – mówi Marcin Czaba. Zdaniem Mirosława Filiciaka trendy na rynku medialnym są takie, że bedzie przybywac kanałów i seriali, a widzowie coraz bardziej będą sie zamykac w swoich serialowych niszach. I pewnie za 10 lat jakis warszawski inteligent, który oglada produkcje HBO, nie bedzie nawet znał tytułu serialu kluczowego dla mieszkanki małego miasteczka…

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »