Szlakiem krakowskich murali

fot. Joanna Chludzińska

Pusta, miejska przestrzeń, gładka ściana budynku czy też mury opuszczonej fabryki same prowokują do twórczej adaptacji, ponownego wypełnienia farbą (sprayem) i sensem, zwłaszcza jeśli zewsząd otacza je architektoniczna szarzyzna. Dawniej taką ingerencję nazywano wandalizmem, dziś coraz częściej przychylnym tonem mówi się o street arcie.
„Sztuka uliczna to największy ruch kontrkulturowy od czasu punku” – przekonuje narrator głośnego filmu Banksy’ego „Wyjście przez sklep z pamiątkami”. Jednak już kolejne ujęcia sukcesywnie zaprzeczają tej tezie. To, co z gruntu opozycyjne i na granicy legalności, bardzo łatwo może zostać wciągnięte w meandry przemysłu sztuki, stać się atrakcyjnym towarem. Ironiczna konkluzja filmu nie przekreśla jednak całej działalności street artowej – uczula tylko na jej sztuczne przemieszczanie z ulicy (tam, gdzie jej miejsce) w duszną przestrzeń galeryjną. Murale w tym kontekście są kompromisem między oficjalnym przyzwoleniem a wywrotowym aktem twórczym.

reklama

Kartka z historii

Murale od zawsze zajmowały osobliwą pozycję w świecie sztuki, a wraz z narodzinami street artu, przeszły do ofensywy. W przeciwieństwie jednak do graffiti, wlepek czy szablonów, nie wadzą się z prawem własności, znajdując oparcie w ramionach instytucji. Ich kolebką jest Meksyk (z hiszp. murales),