„W mrocznym mrocznym domu” Neila LaBute’a – recenzja

Na żwirze człowiek traci równowagę, gdy zbyt gwałtownie skręca. Gdy się miota. Drobny żwir i ściana obrośnięta bluszczem stanowią całą dekorację kameralnego spektaklu na scenie Studio w Narodowym.
Aktorzy są jak na widelcu: można się przyglądać, jak Marcin Przybylski przykrywa skrępowanie sztuczną wesołością, jak całe ciało Grzegorza Małeckiego się napina. Widać, że między scenicznymi braćmi nabrzmiewa potężny wrzód maskowany pustą gadaniną; gdy pęknie, emocjonalną erupcję będziemy śledzić z zapartym tchem. Wzorowa robota i obu protagonistów, i Mileny Suszyńskiej w epizodzie. A sens? Można by sądzić, że LaBute, godny następca mistrzów amerykańskiego dramatu psychologicznego, machnął rutyniarski kawałek z serii: wszystkie źródła traum dorosłego człowieka są w jego dzieciństwie. Jednego brata wygnano i do dziś żyje na uboczu, drugi ma żonę, dzieci i kwitnie. Banał? Niekoniecznie, ponieważ wcale nie wiadomo, kto tam był katem, kto ofiarą, kto Kainem, a kto Ablem. A gdy wrzód już pęknie, z rany leją się nie tylko wzajemne wyrzuty, przeważają świadectwa zwykłej nikczemności, nielojalności, złości. W dzisiejszym świecie – mówi teatr – nie ma miejsca ani na katharsis, antyczne oczyszczenie, ani na leczenie kompleksów metodami naiwnych psychoanalityków. Z mrocznego domu wychodzi się z mrokiem w sobie i idzie w mrok, ślizgając się na pięknym żwirku sceny.

„W mrocznym mrocznym domu” Neila LaBute’a, reż. Grażyna Kania, Teatr Narodowy w Warszawie

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »