„Alladyn” – trans i misja czy transmisja?

materiały prasowe

Sto spektakli to niemało – niewiele jest realizacji, które z łatwością, przy wypełnionej widowni dobijają do takiej liczby.
W Romie jednak nie tylko nie ma problemu z frekwencją, ale bilety rozchodzą się jak świeże bułeczki. Zwłaszcza jeśli chodzi o produkcje dla dzieci – w maju 2012 setkę świętował Alladyn Jr, o którym mówi się na mieście, że jest „mega” widowiskiem.

W niedzielne popołudnie rodzice i ich modnie ustrojone pociechy (do Romy raczej ściągają familie sytuowane korzystnie) – ci, którym udało się doczekać na bilety, tłumnie wypełniają hol teatru. W powietrzu da się wyczuć podekscytowanie – tę cudowną właściwość dziecięcej wrażliwości i wyobraźni. Dzieci przestępują z nogi na nogę i szeptem powtarzają informację o latającym dywanie – czy to prawda, że naprawdę unosi się nad widzami?

Wreszcie drzwi na imponującą widownię otwierają się, a chwilę później przenosimy się wprost do krainy dżinów, orientalnych targowisk i krużganków pałacu sułtana.

A właściwie przenosi nas… transmisja. Autorzy spektaklu decydują się bowiem na gest, o którym trudno zawyrokować, czy jest odważny, czy może raczej właśnie świadczy o wybraniu łatwiejszej drogi do dziecięcego serca. Zawiązanie akcji jest mocnym uderzeniem – dźwięki muzyki wiodą tancerzy w uroczych wygibasach, momentalnie zalewa nas feeria barw, kształtów i urzekającego zamieszania. Wszystko to jednak jest relacjonowane śpiewnie przez kilkoro reporterów, którzy z zapałem, wprost do kamery snują historię nadwornej intrygi. O tym, że sułtan zamierza wydać za mąż córkę, która nie chce zdecydować się na żadnego z podstarzałych i obrzydliwie bogatych kandydatów, zaś zły wezyr obmyśla plan sięgnięcia po najwyższy tytuł w królestwie dowiadujemy się z ekranu. Obraz transmisyjny realizowany na żywo krzyczy z ekranu, to, co dzieje się w tym czasie poza zasięgiem kamery jest tylko tłem. Setki dziecięcych oczu nie mogą oderwać wzroku od telebimów – w takiej rozgrywce scena nie ma szans. Choć niewątpliwie jest to odważny zabieg, to trudno dociec jaki jest jego sens – zarówno fabularny jak i formalny. Kiedy wydaje się już, że cały musical będziemy oglądać za pośrednictwem szklanej tafli reporterzy w końcu znikają. Potem akcja rozwija się bardzo klasycznie, wprost linearnie. Opowieść o biednym lecz sprytnym chłopaku – Alladynie, który najpierw spotyka uciekającą z pałacu księżniczkę, potem odnajduje lampę z dżinem spełniającym życzenia, za jego sprawą zmienia się w księcia i w końcu, po pokonaniu szeregu niebezpieczeństw przekonuje się, że najlepiej pozostać sobą – snuta jest powolnie, bez nieoczekiwanych zwrotów i bez szaleńczych rozwiązań. Wszystko wprost, klarownie, scena po scenie, jak dobrze skrojony mit.

Zakończenie znamy: źli zostają ukarani, dobrzy otrzymują nagrodę i upragniony los. Dżin do końca gra rolę błazna, przewrotnego trikstera, który wydaje się ze wszystkich najszczęśliwszy.

I choć efektom specjalnym nie można odmówić rozmachu: dywan rzeczywiście lata nad głowami, tancerze dokonują akrobatycznych cudów, zaś wielkie konstrukcje poruszają się po scenie ze swadą i lekkością to jednak wśród tej lawiny atrakcji jakby ginie sama opowieść i jej energia. Widzowie (nie tylko ci najmniejsi) wychodzą oszołomieni, rozemocjonowani i nieco nawet może przytłoczeni. Czy jednak uwierzyli w historię o dżinie i o zwyciężających marzeniach? Czy może raczej zostali zalani mnogością gadżetów? Tego nie można być pewnym. Nasuwa się pytanie, czy kameralne, za to niezwykle oryginalnie skonstruowane spektakle dla dzieci mają szansę z tak potężną machiną gadżetów i trików technicznych, których obecność przykrywa niedostatki dramaturgiczne, czy koncepcyjne? Pozostaje mieć nadzieję, że tak i że we współczesnym teatrze dla dzieci jest miejsce na różnorodność i dyskusję.

„Alladyn”, Teatr Roma