Etyka fizyka: „Kopenhaga” Michaela Frayna

Ktoś, kto skonstruował taką maszynkę śmiechu, jak „Czego nie widać”, nie musi dowodzić scenopisarskiej fachowości. „Kopenhaga” to jednak inne wyzwanie. Też ekstremalne.
W okupowanej Danii noblistę Nielsa Bohra odwiedza Werner Heisenberg, kiedyś uczeń i przyjaciel, dziś szef programu nuklearnego nazistów. Takie spotkanie odbyło się w 1941 r.; nie ma świadectw, jak przebiegało. Frayn każe fizykom wieść napięty do ostatnich granic – ze względu i na odmienność życiowych sytuacji, i na podsłuch – dialog o skutkach rozbicia atomu i budowy nowej broni. Obaj wiedzą, że spowoduje hekatombę. I wiedzą, że tak czy owak będzie zbudowana; zaniechanie działań nie jest, z punktu widzenia etyki, żadnym wyjściem. Trudny dyskurs dotyka i kwestii odpowiedzialności, i wyborów wojennych, ba, wkracza na teren tak laikowi nieprzyjazny jak teoria nieoznaczoności. Nie do przejścia? Widownia na świecie potrafiła te kwadranse na pustej scenie z trzema krzesłami śledzić jak Hitchcocka – dzięki kunsztowi Frayna, ale i aktorom. W Polsce odwykliśmy od takiego teatru, sporo na tym tracąc. Choćby dlatego warto się wybrać do Imki, gdzie Jan Frycz i Adam Woronowicz wyłażą ze skóry, by myśl prowadzić klarownie i z nerwem. A ostatnie słowo i tak ma żona Bohra (Aleksandra Popławska), w cieniu wielkich pytań trzeźwo punktując i z lekka dziecinną rywalizację uczonych, i pokłady ich próżności.

„Kopenhaga” Michaela Frayna, reż. Waldemar Krzystek, teatr IMKA w Warszawie

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »