Operetka i śmierć: „Nietoperz” Kate Wéber i Kornéla Mundruczó

Rzecz o klinice eutanazyjnej w likwidacji, która, nim się zwinie, odeśle jeszcze na tamtą stronę pewnego schorowanego dyrygenta wraz z żoną.
Muzyk kochał operetkę, więc szlagiery z „Zemsty nietoperza” będą mu brzmieć do końca. Sekwencje, w których pracownicy kliniki biorą do ręki instrumenty, by – z akompaniamentem, jak kto umie – śpiewać słodkie kawałki Straussa, to wariacki kabaret, pod którym tłoczą się sprawy serio: nieumiejętność obcowania ze śmiercią, brak właściwego języka, mieszanie wzniosłego z plugawym, wątpliwości co do samego aktu świadomego rozstania z życiem. Wykluta nagle spomiędzy wygłupów i dygresji scena zażycia pigułek z trucizną jest wstrząsająca, zwłaszcza że grają młodzi, Agnieszka Podsiadlik i Sebastian Pawlak, więc w tej śmierci nie ma biologii, to czysty akt woli, rozumu. Chwilę potem szef kliniki wesoło licytuje sprzęt do zabijania, zamykanej placówce zbędny, a może wam – nam – się przyda? I po tym można by było postawić kropkę. Ale nie, musieli dolepić jeszcze coś: monolog kaleki z porażeniem ruchowym, ale błyskotliwym mózgiem, dydaktyczny jak czytanka, zaprzeczenie delikatnego i tak cudnie nieoczywistego tonu całości. Żal Dawida Ogrodnika, niewątpliwie zdolnego i ofiarnego w zadaniu ofiary niewartym. Tak niewiele brakowało, by groza samobójstwa w rytmie walca wirowała nam w mózgu jeszcze daleko za progiem teatru.

„Nietoperz” Kate Wéber i Kornéla Mundruczó, reż. Kornél Mundruczó, TR Warszawa

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »