Ściszone żywioły: „Burza” Williama Szekspira

Z dala od burz ciągnie Igor Gorzkowski swój skromny i wiecznie bezdomny (teraz dostali sympatyczną siedzibę na Pradze) autorski teatr.
Delikatny i niegoniący za efektem, zaczytany w dobrej literaturze (bądź korzystający z własnych scenariuszy), z aktorami, którzy cenią sobie studyjne dłubactwo. Wielkich tekstów tu się nie bano, był i Czechow, i Proust, ale Szekspir jest pierwszy raz. Ukameralniony. „Burza” w Kole to rozpisana na pięć ledwie osób archetypiczna baśń o inicjacji miłosnej (Miranda i Ferdynand), potrzebie wolności (Ariel), skazie wewnętrznego zniewolenia (Kaliban) i spajającej wszystko mądrości Prospera, nie tyle czarodziejskostwórczej, ile stoickiej, nadświadomej, gorzkiej. Rozegrana wśród jasnych płócien pastelowa opowieść nie nuży, choć nurza się w czymś, co młodzież dawno skreśliła jako obciach: w konwencjonalności. To jak z muzyką klasyczną: melodie się zna, ważne, jak je zagrają. Jak Wiktoria Gorodeckaja narysuje Mirandę – wieczną pierwszą naiwną, śmieszną w niewinnym erotyzmie, jakie tony w posępnych skargach niewolnika odnajdzie Wiktor Korzeniewski. Henryka Talara obsadzano od lat w rolach charakterystycznych; czuć satysfakcję aktora prowadzącego królewską myśl Prospera cichusieńko, tkliwie, półtonami. Nie chciałbym się rozczarować, ale coś mi mówi, że istnieje wcale liczna klientela za takim teatrem bardzo stęskniona.

„Burza” Williama Szekspira, reż. Igor Gorzkowski, Studio Teatralne „Koło” w Warszawie

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »