Spektakl „Idąc rakiem” Güntera Grassa – recenzja

Z nabrzeża gdyńskiego portu niemiecki statek „Wilhelm Gustloff” z niemal dziesięcioma tysiącami (!) osób na pokładach wyruszył w styczniu 1945 roku ku zagładzie: zatonął na pełnym morzu trafiony torpedami.
Zapewne uwiedziony symboliką miejsca Krzysztof Babicki postanowił powieść osnutą wokół katastrofy inscenizować właśnie w porcie – pod pokładem cumującego tu „Daru Pomorza”. Utrudnił tym sobie reżyserskie życie: w ciasnych przestrzeniach trzeba było zmieścić krocie wątków, bo Grass w „Idąc rakiem” zajął się i zagładą okrętu, i losem jego patrona zastrzelonego przez młodego Żyda, i sylwetką kapitana sowieckiej łodzi podwodnej, najpierw zsyłanego na Kołymę, potem czczonego jako bohatera ZSRR. Opisał też losy Tulli Pokriefke z Wrzeszcza, jednej z nielicznych ocalonych z „Gustloffa”, jej syna i jej wnuka, którego po latach internetowa kłótnia o historię doprowadza do obłąkanego zabójstwa.

reklama

Trochę bryk z tego wyszedł, szkicowy i pełen deklaratywności, a wątek współczesny – napomnienie, że stare fanatyzmy nie rdzewieją – intensywnie wionął ze sceny dydaktycznym smrodkiem. Babicki buduje spektakl dość staroświeckimi środkami, nie bojąc się retoryki, podbijając dramatyczne momenty podniosłą muzyką. Jest jednak wielu widzów, którzy taki teatr lubią, gdyńskiemu przedstawieniu dynamiki i napięcia odmówić niepodobna, a parę ról jest znakomitych – z Dorotą Lulką, wściekłą hitlerówo-stalinówą w masce siwiutkiej babuleńki na czele.

„Idąc rakiem” Güntera Grassa w adaptacji Pawła Huellego, reż. Krzysztof Babicki, Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »