Trzy pytania do Artura Cieślara, autora „Listów do Małgosi”

Dlaczego śmierć sprawia, że jeszcze bardziej kochamy życie?
Czego ważnego nauczyły pana ostatnie miesiące z Małgorzatą Braunek?

reklama

Trudno traktować życie jako nieustanne lekcje, ale rzeczywiście czasami funduje nam coś na kształt szkoły, która jednak nie zawsze czyni nas silniejszymi i dojrzalszymi. Ciężka choroba i odchodzenie bliskiego człowieka może zrujnować psychicznie i fizycznie. Zwłaszcza wtedy, gdy wypieramy fakt przemijania. Mnie szczęśliwie taka rozpacz ominęła, ale uczucie braku jest dojmujące. Choroba Małgosi pokazała mi po raz kolejny – bo pożegnałem już kilkoro przyjaciół – że żyjemy w wielkiej niepewności. Co nie znaczy, że mamy się stać zakładnikami lęku i traktować życie jak egzystencjalną pułapkę. Wręcz przeciwnie, właśnie dlatego, że wszystko jest tak niepewne, a długość życia każdego nieprzewidywalna, należy czerpać z niego jak najwięcej, dostrzegać piękno i mądrość, jakie oferuje. Wierzę, że zła jest mniej niż dobra, choć ma zdecydowanie lepszą oprawę medialną. W miarę możliwości trzeba też na tyle porządkować swój świat i relacje z innymi, żeby nie pozostawić po sobie chaosu, jakiejś bolesnej urazy, tajemnic albo zwyczajnie długów.

Odchodzenie przyjaciela boli, bo wiesz, że tracisz partnera do rozmów, do wymiany, ale także kogoś, kto był twoim zwierciadłem, w którym mogłeś dostrzec swoje słabe, ale też mocne punkty na drodze duchowej.

Pani Małgorzata była przyjaciółką także na tej drodze?

Tak, choć formalnie nie uczestniczyłem w odosobnieniach medytacyjnych, które prowadziła, i nie pokonywałem trudów na drodze zen. Jestem adeptem tybetańskiej odmiany buddyzmu. Ale buddyzm jest jeden. Powiedziałbym więcej: prawdziwa duchowość jest jedna, ponad podziałami. Małgosia była ekumeniczna i otwarta. Starała się odbrązowić buddyzm, pozbawić go kulturowej otoczki, by najważniejszym uczynić przekaz. Sama była wizytówką takiego buddyzmu: życzliwość, uśmiech, dobroć, pogoda ducha i mądrość, którą brała z własnej praktyki medytacyjnej, ale i z życia. Myślę, że kiedy nauczyciel duchowy wypełnia także rolę małżonki, matki, babci i zna życie od podszewki, jest bardziej przekonujący i mniej kategoryczny.

Gdzie ona w tej chwili jest – z buddyjskiego punktu widzenia? Czy spotkamy ją jeszcze?

Gdyby to ode mnie zależało, to sprawiłbym, żeby każdy mógł ją spotkać już tu i zaraz. Ale nie mam takiej mocy. Dla buddysty życie to kontinuum. Ciało to hotel, który zamieszkujemy tymczasowo. A dusza wędruje dalej. Nie oczekuję cudów. Nie muszę się karmić wizjami raju. Każda religia przekonuje do własnych. Małgosię staram się odnaleźć w uśmiechu drugiego człowieka.

Artur Cieślar, „LISTY DO MAŁGOSI. JABŁOŃ KWITNIE ZAWSZE”, Wydawnictwo Zwierciadło 2015

Dla jednych była przede wszystkim Oleńką z „Potopu” albo Izabelą z „Lalki”. Dla innych – buddyjską guru, przewodniczką duchową, mądrą kobietą. Dla jeszcze innych – mamą, żoną, przyjaciółką. O pięknym uśmiechu. Dobrym sercu. Niesamowitej mądrości. Dla Artura Cieślara Małgorzata Braunek była przede wszystkim przyjaciółką, której choroba i śmierć niesamowicie go poruszyły. Dlatego pisze. Zaczyna 23 czerwca 2014 – w dniu jej śmierci. O ich spotkaniach, o swoim bólu, o życiu po śmierci. Z jednej strony pewnie sam oswaja się w ten sposób z brakiem. Z drugiej – oswaja nas z sytuacją, której, jeśli jeszcze nie doświadczyliśmy, to pewnie doświadczymy. Bez pouczania uczy, jak możemy towarzyszyć komuś, kto odchodzi, i co robić ze swoimi emocjami, gdy ten ktoś odejdzie. No i jak nie zwariować, gdy w głowie wciąż wyświetla się pytanie: „Dlaczego?”. Dlaczego akurat ona? Dlaczego właśnie w tym momencie? Dlaczego tysiąc terapii nie pomogło i czemu musi boleć?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »