Tymek Borowski. Zasłuż na swój pomnik

fot.Rafał Masłow

Nie skończył jeszcze 30 lat, a już odniósł w świecie sztuki sukces. Tymek Borowski w swojej twórczości poszukuje odpowiedzi na pytania tak fundamentalne, że nikt ich nawet nie zadaje.

reklama


fot.Rafał Masłow

Chciałbym wiedzieć, czy przypadkiem nie był skazany na bycie artystą, dlatego pytam Tymka, ilu jest artystów w jego rodzinie. „Wszyscy są artystami – odpowiada – wszyscy byli na akademii”. Jego rodziców znają ci, którzy wychowali się na fantastycznie ilustrowanych książeczkach dla dzieci wydawanych w PRL. Tymek jest synem Elżbiety Gaudasińskiej i Tomasza Borowskiego. Z kolei jego starszy brat to malarz Paweł Borowski, szerzej znany jako Boro. W latach 90. robił wystawy, ale największą sławę zyskał jako autor satyrycznych „rysunków filmowych” publikowanych w „Gazecie Wyborczej”. Po latach nabijania się z filmów zabrał się do kręcenia własnych. Ma na koncie trzy produkcje animowane i fabularny debiut „Zero”.

A Tymek? Nie był dzieckiem, które trzymało kredki pod poduszką i nigdy nie przestawało rysować. „Jeżeli już robiłem rzeczy wizualne, to na komputerze, w Photoshopie”. Teraz niektórzy nazywają go artystą internetowym. On sam krzywi się na takie określenie: „To tak, jakby kiedyś powiedzieć, że ktoś jest artystą elektrycznym, bo oświetla sobie pracownię żarówką”.

Przyznaje jednak, że był komputerowym geekiem, jednym z tych sprytnych dzieciaków, które piszą wirusy, żeby zrobić psikusa kolegom. Chciał zajmować się nauką, w liceum wciągnął się w muzykę, produkował nagrania. I nie chodziło o żaden zespół, tylko o komputer, software, eksperymentalną elektronikę. Bardzo bronił się przed pójściem na ASP. Ale się nie obronił. Poszedł, a zanim z akademii wyszedł, zrobiło się o nim głośno. Pod koniec zeszłej dekady Tymek Borowski i jego przyjaciel Paweł Śliwiński byli bohaterami małej artystycznej sensacji. Zaczęły krążyć plotki o ich spektakularnym debiucie, o kolekcjonerach wykupujących obrazy dwóch młodych malarzy prosto ze studenckich pokazów na korytarzu akademii. Jakub Banasiak, publicznie – wpływowy krytyk, a prywatnie (niedoszły) malarz i kumpel Tymka i Pawła z pracowni malarstwa prof. Leona Tarasewicza, zaczął kreować obu artystów na apostołów nowej generacji – pokolenia „zmęczonych rzeczywistością”. Dokładniej mówiąc, „zmęczeni” mieli być nie tyle znużeni samą rzeczywistością, ile jej nadwyżkami w sztuce – zajętej polityką, socjologią, emancypacją społeczną, właściwie wszystkim, tylko nie wyobraźnią. Odpowiedzią „zmęczonych” miała być wyprawa w imaginację – realizm, ale magiczny, psychodelia, nowy surrealizm.

Teoria sukcesu

W zeszłym roku Tymek był nominowany do Spojrzeń – najważniejszej w Polsce nagrody dla artystów przed 35. rokiem życia. Nie było miesiąca, żeby nie pokazał pracy na jakiejś ważnej wystawie. Zrobił cztery świetnie przyjęte pokazy solowe, współpracował z najważniejszymi instytucjami w kraju. Teraz jego prace można oglądać w warszawskim MSN. Jest jedynym twórcą, który na wystawie „Co widać…, wielkim przeglądzie polskiej sztuki najnowszej z udziałem ponad 70 artystów, znalazł się w dwóch działach. Pierwszy to „nauka”. Drugi to, jednak, „surrealizm”. Zresztą instytucje nie tylko chcą, żeby u nich wystawiał, ale też żeby dla nichpracował. Wraz z przyjacielem ze studiów Pawłem Sysiakiem założył studio projektowania graficznego Czosnek, które specjalizuje się w tworzeniu identyfikacji wizualnej wystaw – od plakatów, przez strony internetowe, po plansze z komentarzami do dzieł dla galerii i muzeów.

Dużo pracuje i ma talent. Nie wstydzi się tego powiedzieć, choć słowo „talent” na współczesnej scenie sztuki brzmi trochę niepoprawnie. Z takiej postawy zrodziła się „Teoria sukcesu” – tzw. infografika: nieskomplikowany wykres przedstawiający trzy kolorowe okręgi reprezentujące: „Ciężką pracę”, „Talent” oraz „Szczęście”. Okręgi zachodzą na siebie, ich wspólne pole zaznaczone jest jako „Sukces”. Czy Tymek wierzy w szczęście, które w „Teorii…” stawowi aż 30 proc. substancji sukcesu? Mówi dużo o wpływie, jaki przypadek, fart i rachunek prawdopodobieństwa mają na nasze życie. Uważa, że tego wpływu nie da się przecenić. Pokazuje swój projekt pomnika losu. Ustawiony na pagórku monument to krzyżówka koła fortuny z wielką kostką do gry, z której wyrastają dwie dłonie: jedna oferuje nam prezent od losu, a druga zaciśnięta jest w pięść gotową zdzielić nas po głowie niespodziewanym wypadkiem losowym. Pod konstrukcją stoi ołtarz, na którym ludzie mogą składać ofiary ślepemu trafowi. Tymek planuje doprowadzić do jego realizacji.

Ostatnio jego wystawy wyglądają bardziej jak gabinety dydaktyczne niż pokazy sztuki. Ściany zamiast obrazów pokrywają wydruki z ilustrowanymi wykresami, diagramami, infografikami, plakatowymi hasłami i memami. Czasem wzbogacają je animacje przypominające filmy edukacyjne, jak na przykład 12-minutowy rysunkowy wykład o tym, „jak działa sztuka?”. Za pomocą tych narzędzi Tymek może zajmować się fundamentalnymi sprawami, które artystom ostatnio umykają, i wspierać się w swojej pracy wiedzą, którą trudno namalować – na przykład danymi z zakresu neuropsychologii czy statystyki. Infografikę „Co jest naprawdę ważne” zaczyna słowami: „W ostatecznym rozrachunku ważne jest istnienie, rozwój i rozprzestrzenianie się życia”. Kończy zaś apelem: „Musisz żyć tak, żeby wspierać ten fenomen ożywionej materii. Wnosić do niego swój wkład. Ale skąd wiedzieć, co jest tak naprawdę korzystne dla życia. No cóż… musisz interesować się nauką, dużo czytać i robić dobry użytek ze swojego mózgu. W ten sposób się dowiesz. Za 300 tysięcy lat wielu z nas będzie miało w kosmosie kilometrowej wielkości pomniki pionierów. Zasłuż na swój”.

Dom

Kiedy kilka lat temu odwiedziłem go po raz pierwszy w jego rodzinnym domu w Sulejówku, odniosłem wrażenie, że Tymek nie za bardzo pasuje do roli surrealisty. Sam dom, owszem – nadawał się nawet na scenografię do opowieści o młodym wizjonerze pogrążonym w onirycznych wizjach. Dom artystów, dom-pracownia, w którym wszyscy domownicy malują, a na ścianach wiszą oryginały kultowych ilustracji z bajek mojego dzieciństwa. Natomiast sam Tymek… Cóż, sprawiał raczej wrażenie dociekliwego intelektualisty niż fantasty orbitującego wokół alternatywnych światów. Pomyślałem wtedy nawet, że ten chłopak z dobrego i inspirującego domu być może za dużo myśli, aby być dobrym artystą. Być może zamiast robić sztukę, za wiele zastanawia się, jak ona działa. Grubo się myliłem. Kilka lat po naszym spotkaniu Borowski płynie na fali wznoszącej.

Czy już zasłużył na swój kilometrowej wielkości pomnik w kosmosie? Na pewno zasłużył na uwagę. Jest niebanalny. Udowodnił, że w rękach utalentowanego, pracowitego i obdarzonego odrobiną szczęścia twórcy nawet beznadziejny frazes „uczyć, bawiąc” nabiera nowego, ironicznego i artystycznie nośnego znaczenia.

Tymek Borowski.ROCZNIK 1984. Studiował malarstwo na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. Leona Tarasewicza. Jeszcze jako student pokazywał swoje prace na indywidualnych i zbiorowych wystawach. Nominowany do Spojrzeń 2013, zdobył nagrodę publiczności, współzałożyciel studia projektowania graficznego czosnek .

Tymek Borowski znalazł się wśród nominowanych do Kryształków Zwierciadła. Wybierzcie Kryształek Zwierciadła. Zasady głosowania

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »