Uwolnić się od iluzji potrzeby posiadania. Wywiad z Marietą Żukowską

fot. Rafał Masłow

O takich chwilach w życiu, kiedy smutek miesza się ze szczęściem, o tym, że   czerwona szminka przedłuża życie. I że nie ma drugiej takiej Hanki ani Mariety   – rozmawiają Marieta Żukowska i Hanka Halek.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

reklama

Czym jest dla ciebie duchowość?
Jest niemal niewidzialna, jasna, czysta, ale czym ona jest? Jest jak szpic na choince? Jest zbiorem przeróżnych świateł? Kulą energetyczną?

Trzeba szukać jej w kościele?
Można, ale to nie jest jedyne miejsce, by ją znaleźć. Jako nastolatka mieszkałam w internacie, który prowadziły siostry zakonne. Dużo tam było komunikatów, o której godzinie trzeba wrócić, o której jest kolacja, o której pobudka. Nie przypominam sobie jednak, by któraś z sióstr pogłaskała mnie po głowie, zapytała, co myślę, co czuję. To była lekcja nagłego stawania się dorosłym, wymagająca, ale też dająca siłę na całe życie. W powietrzu unosiła się aura tajemnicy, „duchowości”, echo modlitw sióstr mieszkających za ścianą w klauzurze.

Powróciłaś potem do tego miejsca przy okazji filmu „W imieniu diabła” Barbary Sass, w którym zagrałaś mniszkę.
Tak. Barbara Sass zastanawiała się w tym filmie nad cienką granicą między prawdziwą wiarą a religijnym opętaniem… Miałam między innymi bardzo ciekawe zadanie zagrania ekstremalnych emocji jednej z sióstr podczas zbiorowej modlitwy. Pamiętam, że było wiele ujęć tej sceny. Każde z nich było dla mnie wyczerpujące, ale też niezwykłe, bo rzadko zdarzają się takie role, gdzie cały organizm musi się otworzyć na tak silne emocje. Powrót do zakonu po latach okazał się dla mnie doświadczeniem wręcz niezbędnym. Przyjrzałam się siostrom z drugiej strony, zrozumiałam je. Dziś myślę, że kościół z jego ciszą, spokojem, chłodem jest niezwykły. Wszystko jedno jaki, bo wszystkie religie świata dążą ostatecznie do tego samego: spotkania z własną duchowością. W Kambodży jest niesamowite miejsce Angkor Wat. Kiedyś perła Azji, dziś wdarła się tam dżungla. To, co mnie tam kompletnie oszołomiło, to bardzo długi kamienny arras, na którym widnieją tysiące postaci przedstawiających sceny z Ramajany i Mahabharaty. Każda twarz uśmiechnięta! Wszystkie kąciki ust do góry! I w tym nagle TY, patrzysz i nie zauważasz nawet, kiedy kąciki twoich ust też się podnoszą do nieba. To miejsce niezwykłe, metafizyczna samosprawdzająca się przepowiednia, że na uśmiech zareagujesz uśmiechem. Wydaje mi się, że duchowość może być wszędzie. Nie tylko hen, za lasami, za chmurami, ale też w drzewie, za oknem, w słońcu, w zakochaniu.

Pamiętasz ten moment?
Tak! Pamiętam szalejącą czakrę serca, ale też i czakrę podstawy (śmiech). I motyle. Rój cały! Miliony motyli zahibernowanych w człowieku i tylko czekających na znak, żeby otworzyć skrzydła. Może to jest tak, że każdy nosi w sobie wszystko, co zostało nam dane, i to od nas zależy, co wyławiamy na zewnątrz. Albo od okoliczności, kiedy to na przykład zagapimy się na przelatującego ptaka, który zwróci naszą głowę w odpowiednią stronę, a tam stoi mężczyzna, który cię za chwilę pokocha. Może warto więc być czujnym. 

I wtedy?
Wtedy, myślę, jest się bardziej obecnym. Jest na YouTube taki film, nagranie spotkania różnych przewodników duchowych, w tym i filozofa Eckharta Tolle, który napisał książkę „Potęga teraźniejszości”. A w tej książce mówi o tym, że my, ludzie, jako cywilizacja doszliśmy do takiego momentu, że nie wytrzymujemy już własnych emocji. Technika tak bardzo i tak szybko poszła do przodu, że nasza emocjonalność, to nasze „to, czym jesteśmy”, ten jaskiniowy atawizm po prostu nie nadąża. Gubi się, plącze, męczy się nadmiarem bodźców, sugestii, reklam i już wreszcie sam nie wie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »