„Widziałam. Opowieści wojenne” – reportaże Marii Wiernikowskiej

Nakładem Wydawnictwa Zwierciadło ukazał się zbiór reportaży Marii Wiernikowskiej. Autorka relacjonowała najgroźniejsze konflikty, m.in. z rozpadającego się z hukiem Związku Radzieckiego, Jugosławii, Iraku czy Afganistanu. Poniżej publikujemy fragment książki.
Zawsze, kiedy wracam z wyprawy, wszystkich najbardziej interesuje, co jadłam, gdzie spałam… W Karabachu spaliśmy w sztabie, pod stołem pingpongowym. Trudno było się położyć przed drugą w nocy, bo partyzanci po całej dobie w okopach lubili pograć w ping-ponga. W dodatku okazało się, że Krzysiek został mistrzem Szaumianu, a tam jest taki zwyczaj, że kto wygrywa, zostaje przy stole, więc mecze trwały, dopóki starczyło paliwa w generatorze. Światło gasło więc o drugiej, a było to jedyne miejsce w miasteczku, gdzie w ogóle było światło. Nawet w szpitalu proste operacje przeprowadzano przy latarkach, generator włączało się tylko na skomplikowaną chirurgię.

reklama

W sztabie tymczasem odchodził ping-pong dla bojowników, a w gabinecie przewodniczącego gminy, gdzie zresztą też ktoś zawsze spał, grał telewizor. Oprócz Moskwy i Baku odbierał kanał włoski i turecki, bo jakiś tutejszy „złota rączka” sklecił antenę satelitarną. Telegrafista spał w pokoiku, gdzie stało wojskowe radio: miał stały dyżur, bo tylko on umiał obsługiwać to urządzenie – jedyny kontakt ze światem.

A jadło się to, co przynieśli ludzie: chleb, zsiadłe mleko, kawałek bryndzy i różne zielone trawki – pietruszkę, szczypior, miętę i estragon. Takimi trawkami zagryzało się ryż albo makaron z olejem. Bez obżarstwa.

Raz przeszedł nam koło nosa prawdziwy obiad, bo piękny pułkownik, o którym wam już opowiadałam, zapałał do nas sympatią i kiedy nieogolony kucharz przyniósł garnek z rozgotowanym wermiszelem, dowódca posłał do swojego domu żołnierza po jakieś specjalności mamusi. Ale akurat w tym czasie zarządziłam mycie w rzece (wody w kranach też nie było, bo rury potrzaskane), no i jak wróciliśmy, nasz obiad kończyli artylerzyści. I jeszcze tego wieczoru nadjechał pierwszy prawdziwy czołg, poszliśmy na powitanie, każdy chciał się przejechać… Potem się okazało, że Polak bardzo głodny jest bardzo zły, że wszystko przeze mnie, bo mi się kąpieli zachciało, i tu mój partner podróży ostatecznie zatęsknił do domowych warszawskich obiadów, a ja do dziś żałuję straconej uczty u pięknego pułkownika.

Fragment reportażu „Czołgiem, na pace, konno, przez pole minowe. Podróże z Radiem Zet”, lato 1992 pochodzi z książki „Widziałam. Opowieści wojenne” , Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 263. Książka „Widziałam. Opowieści wojenne” do kupienia w naszej księgarni.