„Wojna kobiet”. Wywiad z reporterką Sally Armstrong

Prószyński Media Sp. z o.o.

Sally Armstrong, autorka „Wojny kobiet”, opowiada o zmianie sytuacji kobiet na całym świecie, o tych, którym tę zmianę zawdzięczamy, a także o swoich planach na przyszłość.

reklama


Czy „Wojna kobiet” jest swego rodzaju manifestem?

Owszem. Cieszę się, że pan o to pyta, bo rzeczywiście widzę w swej książce manifest. W Stanach Zjednoczonych ukazała się ona jako „Uprising” („Powstanie”), w Kanadzie zaś zatytułowana była „Ascent of Women” („Kobiet pną się pod górę”), ale sednem książki jest to, że zmiana sytuacji kobiet na świecie zmieniła sam świat. Wszystkich rezultatów tej przemiany nie zobaczymy jutro, ale następuje ona tak szybko, że w „Wojnie kobiet” wzywam ludzi, by ją zaakceptowali, dlatego też można moją książkę nazwać manifestem.

Dedykowała pani swoją książkę Malali Yousafzai. Czy widzi pani w niej największy dziś wzór dla kobiet?

Nie. Oczywiście, Malala jest wspaniałym wzorem, choć na pewno niejedynym. Ale najbardziej fascynuje jej historia. Jeszcze trzy lata temu byśmy o niej nie usłyszeli. W Pakistanie powiedziano by: „E tam, to tylko dziewczyna. Chciała chodzić do szkoły i myśleć po swojemu, to postrzelili ją w głowę – no i co z tego?”…

Więc to nie nasz problem…

Tak by powiedziano w jej ojczyźnie. My powiedzielibyśmy, że sposób, w jaki traktują kobiety, jest nie do przyjęcia, ale przecież nic na to nie poradzimy.

Jej historia odbiła się jednak szerokim echem i Malala stała się „córeczką całego świata”. Dziś kojarzą ją wszyscy – od maluchów po polityków w Białym Domu. Według mnie ta sytuacja najlepiej pokazuje przemianę, która zachodzi na całym świecie pod wpływem zmieniającej się roli kobiet. Wygląda to trochę tak, jakbyśmy podnieśli w końcu kurtynę w teatrze, ujrzeli za nią najoczywistszą prawdę i wykrzyknęli: „O mój Boże! Co myśmy sobie myśleli!? To przecież jasne, że dziewczynki muszą chodzić do szkoły, myśleć na własny rachunek i nie musieć słuchać we wszystkim jakiegoś fanatyka religijnego!”. Dziewczynki takie jak Malala są dziś na całym świecie. I to jest bardzo dobry znak!

W „Wojnie kobiet” pisze pani, że „nadchodzi nowa era”. Co to znaczy? Co oznacza ta nowa era dla kobiet?

Właściwie to oznacza ona bardzo wiele nie tylko dla kobiet, lecz także dla mężczyzn. Ekonomiści twierdzą, że sytuacja ekonomiczna wiąże się bezpośrednio z pozycją kobiet w społeczeństwie. Im lepsza sytuacja kobiet, tym lepiej się wiedzie całej gospodarce. Zachód czerpie korzyści z dobrej sytuacji kobiet od półwiecza, Polska od jakiejś dekady. Ale dopiero kiedy coś takiego padnie z ust ekonomisty, ludzie zaczynają się temu uważniej przyglądać, zdają sobie sprawę, że dobra sytuacja kobiet oznacza zysk dla wszystkich, że dzięki temu mniej jest ludzi ubogich i łatwiej ugasić konflikty zbrojne, a to oznacza z kolei lepszy świat.

Działa to nie tylko w skali makro, dotyczy też maleńkiej wioski. Jeśli gospodarka działa dobrze, ludzie lepiej i dłużej żyją. Na poziomie wioski widać to zresztą najlepiej – jeśli zmienia się pozycja kobiet, pewne rzeczy dostrzegalne są bowiem natychmiast: kobiety później wychodzą za mąż, rodzą mniej dzieci, ale te dzieci są zdrowsze i lepiej sobie radzą. To są niepodważalne argumenty, nie można się z nimi spierać.

Tak, ale z drugiej strony my, ludzie Zachodu pragniemy zmieniać życie tych, którzy funkcjonują w innych kulturach. Czy to pani zdaniem jest w porządku?

Myślę, że bardzo często się nadużywa tego argumentu. Nie możemy sobie pozwalać na relatywizm kulturowy, mówić, że to nie nasza kultura i nas to nie dotyczy, ponieważ nie możemy mylić kultury ze zbrodnią. Zabójstwo honorowe jest zbrodnią. Mówimy, że ludzie, którzy przyjeżdżają do nas, powinni przyjąć naszą kulturę. A co mi do tego! Jeśli chcą, niech to robią, a jeśli wolą zostać przy swojej, niech i tak będzie. Tworzymy spór tam, gdzie nie ma się o co spierać. Domyślam się, że nawiązuje pan do muzułmanów, którzy emigrują na Zachód i pragną zachować własne obyczaje. Jeśli tego chcą, niech nie zmieniają przyzwyczajeń, ale niech nie mówią mi, że ja mam zmieniać swoje.

Po masakrze w „Charlie Hebdo” wielu ludzi miota oskarżenia i mówi, kto ma rację, a kto tkwi w błędzie. Zawsze szukamy kogoś, kogo moglibyśmy winić. Myślę, że powinniśmy z tym skończyć. Inna sprawa to to, że wszystkie duże religie – poza islamem – przeszły reformację. Islam jest religią, która wymaga pełnego zaangażowania, a zarazem nie posiada hierarchii, nie ma bowiem papieża czy innego „szefa”, dlatego też trudniej o zmiany. Na Bliskim Wschodzie jest mnóstwo niezadowolonych ludzi. Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły, bo nie o tym jest moja książka. Ale jeśli chcesz zakrywać twarz, proszę bardzo, ja nie zamierzam tego robić. Na pewno jednak nie zgadzam się z relatywistami i chcę by przestępstwa traktowano jak przestępstwa, a nie kulturową specyfikę.

Najtrudniejszym tematem „Wojny kobiet” jest chyba gwałt. Historie, które pani opowiada, choćby historia Emily, młodej Kenijki, dla zwykłego czytelnika są po prostu przerażające. Pani jest dziennikarką i musi pani opowiadać historie tych, którzy są krzywdzeni i poniżani. Jak pani sobie z tym radzi? Uodporniła się pani?

Muszę przyznać, że w ogóle się nie uodporniłam. Kiedy wracam do mojej pięknej Kanady, odtwarzam ponownie różne sytuacje, wspominam kobiety i dzieci, które poznałam, zastanawiam się, co teraz robią, czy wszystko u nich w porządku, czy na wioskę nie spadły dziś pociski, czy udało im się coś ugotować.

Ale czuję się też wyróżniona tym, że mogłam z nimi porozmawiać, że podzieliły się ze mną swoją historią. Jest pan dziennikarzem, więc doskonale zdaje pan sobie sprawę, że ludzie panu nie ufają, zastanawiają się, czy jeśli z panem będą rozmawiać, to przedstawi pan ich historię tak, jakby sobie tego życzyli. Po pierwsze trzeba więc zdobyć czyjeś zaufanie. Jeśli mi się to uda, chcę przede wszystkim opowiedzieć wszystko zgodnie z prawdą.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Afganistanu za czasów rządów Talibów, tamtejsze kobiety mówiły: „Nie mamy głosu, musicie stać się naszym głosem”. Ale najpierw musiały mi zaufać. Gdy wracam do domu, oczywiście myślę o ludziach spotkanych po drodze. Mam to szczęście, że praca umożliwia mi powrót do różnych miejsc i ponowne spotkania.

źródło: Prószyński Media Sp. z o.o.