Wywiad z Maciejem Stuhrem. Delikatnie rzecz ujmując

fot. Rafał Masłow

Maciej Stuhr mówił, że ma dosyć mediów. Z Hanką Halek jednak zgodził się porozmawiać. Może dlatego, że lubi absurd, a ona go pyta wprost, czy chętnie pożycza kolegom pieniądze, i prowokuje do wyrecytowania wpisu z młodzieńczego pamiętnika.

fot. Rafał Masłow

reklama

Przez wiele miesięcy zbierał pan pokłosie „Pokłosia” i żył w obławie „Obławy”. Czy po tym wszystkim można jeszcze znaleźć dobre strony popularności?

Nie mam zbyt dobrego zdania o popularności. Jest jednak kilka wyjątkowych sytuacji, kiedy można ją przekuć na coś naprawdę ważnego: pomóc Annie Dymnej czy Ewie Błaszczyk w ich fundacjach, pomóc schronisku dla psów, do czego wszystkich zachęcam. Najbardziej spektakularnym przykładem w moim życiu było oddanie szpiku kostnego i uratowanie mojej Patrycji oraz, co nie mniej ważne, namówienie sporej rzeszy Polaków, by również ten szpik oddali. Krótko mówiąc, kapitał związany z popularnością, z naszą twarzą, nazwiskiem i tym, co dotychczas zrobiliśmy, zyskując sobie sympatię innych, można wykorzystać do przeróżnych rzeczy. Czasem będzie to reklama banku, która pozwoli kupić sobie lepszy samochód, a czasami można ten sam kapitał przeznaczyć na bardziej pożyteczne sprawy. Myślę sobie, że może warto było, żeby jedna czy druga gazeta szmatława o mnie napisała, żeby zrobił się szum, ponieważ paradoksalnie można wykorzystać go do zrobienia czegoś wymiernego i fajnego. Ostatnio ja i moi bliscy przeznaczyliśmy wynikające z ugody sądowej 80 tysięcy złotych na hospicjum dla dzieci.

Teraz odkrywam tajniki mediów internetowych, zwłaszcza Facebooka, gdzie mam fan page. Coś, co wydawało mi się na początku niewinną zabawą, okazało się dość potężnym narzędziem. Gdy zadzwoniła moja przyjaciółka, że inna nasza przyjaciółka znalazła się w szpitalu, a ma rzadką grupę krwi i kilka godzin do zabiegu, napisałem i za dwie godziny krew była w szpitalu.

A pułapki rozpoznawalności?

Oczywiście, że są, bo ta popularność jest też strasznie niebezpieczna, ale ja w nie raczej nie wpadam. Poprzez to, że miałem popularność w domu od dzieciństwa, nigdy nie byłem w stanie się nią później zachłysnąć. Była czymś w rodzaju normy, czymś, czym nie należy się zbytnio przejmować. Widzę po niektórych kolegach, proszę mnie zwolnić z nazwisk, którzy wywodzą się z zupełnie innych środowisk, że ta popularność jest dla nich jak szampan, po którym szybko tracą pion. Mnie może jedynie dziwić albo interesować od strony socjologicznej, dlaczego to właśnie ze mną się rozmawia w piśmie „Sens”, a nie na przykład z kelnerem lub szewcem. Czy ja mam coś więcej do powiedzenia? Nie wiem. Ale dlaczego tak się dzieje, że grupa zawodowa, którą reprezentuję, została wybrana do tego, by ją przepytywać albo robić zdjęcia podczas rozwodów? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Widocznie w ludziach jest potrzeba, nie wiem… jakichś bajek, książąt, magnatów, bożków albo może projektowania siebie na tę sytuację? W Ameryce przecież artyści to już stuprocentowa arystokracja, jak dwieście lat temu lordowie.

A pieniądze jako ten magnat kolegom pan pożycza?

Niechętnie, bo nie oddają. Ale i tak pożyczam (śmiech). No, to niezłą reklamę mi pani teraz zrobiła. Kiedyś pożyczałem chętniej.

Chciał pan być tzw. sympatycznym człowiekiem?

Tak, była we mnie ogromna potrzeba bycia sympatycznym i cierpiałem na tę przypadłość od szkoły podstawowej. Bardzo nie lubiłem, gdy ktoś mnie nie lubił. Byłem w stanie naprawdę dużo zrobić, by zyskać sympatię. Teraz myślę, że słowo „sympatyczny” jest bardzo podejrzane. Nie wiadomo, co tak naprawdę się za nim kryje, więc lepiej trzymać się od niego z daleka.

Może pan już dojrzał? Mój ulubiony dowcip o panu to dowcip Bilguuna Ariunbaatara, który to podszedł do pana i spytał: „Przepraszam, czy pan Stuhr?”. „Tak” – brzmiała odpowiedź. „Ale stary czy młody?”. No więc jaki pan jest, stary czy młody?

Nie wiem (śmiech). Na pewno jest we mnie więcej takiej zdrowej pewności siebie, ale czy to znaczy, że jestem dojrzały? Nie sądzę, bo nie mam bladego pojęcia, ile tej pewności człowiek powinien w sobie mieć. Na pewno w moim życiu zaszła taka zmiana, że już nie mam ambicji i chęci, żeby wszyscy się do mnie uśmiechali i mnie lubili.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »