Wywiad z Magdą Cielecką: Nie udaję, że jest lepiej

fot. Rafał Masłow

Co jest dla niej ważniejsze – wolność czy miłość? Czego nie robi, bo się boi? Kiedy bywa bezradna? O to między innymi Magda Mołek pyta Magdę Cielecką w rozmowie pełnej emocji.

fot. Rafał Masłow

reklama

Wydaje mi się, że znam ją od zawsze. Najpierw z wypiekami na twarzy jako początkująca dziennikarka oglądałam jej piękne sesje w kobiecych magazynach, obserwowałam rodzącą się gwiazdę, widziałam ją w teatrze, w kinie, w TV. W końcu poznałam ją osobiście. Mijałyśmy się w studiu telewizyjnym, czasem na warszawskich ulicach. Magda zawsze była piękna, ale nie niedostępna, jak sądziła większość. W wywiadach, które z nią czytałam, miała wizerunek skupionej na pracy, świadomej swoich atutów, silnej. Pomyślałam kiedyś, że chciałabym z nią porozmawiać, tak po prostu, jak z dziewczyną, jak Magda z Magdą. Usiadłyśmy do tej rozmowy w niedzielne, ciemne, mroźne popołudnie. Przyszła prosto z kina…

Masz wizerunek „zawodowej” księżniczki – zdolna, pracowita, nagradzana, piękna, inteligentna.

Ależ to jest fałszywe! I szczerze mówiąc, odkłamywanie tego wizerunku już też trochę mnie męczy. Bo ile bym o sobie nie powiedziała, czego nie zrobiła albo czego nie pokazała rolami, to i tak ludzie pamiętają to, co chcą. I ta etykietka, ta łatka, która została mi przylepiona wiele lat temu, ciągle jest, właściwie noszę ją na czole jak jakieś znamię. Może dlatego, że to jest bezpieczniejsze dla ludzi. Zresztą my, Polacy, jesteśmy specjalistami od etykietek.

Odczarujmy ten idealny wizerunek. W kinach sporo dobrych polskich filmów. I w żadnym nie ma Magdy Cieleckiej. Reżyserzy Smarzowski, Pasikowski nie dzwonią do ciebie?

No, nie dzwonią… Chyba nie jestem aktorką Władysława Pasikowskiego. Mogę za to powiedzieć, że na szczęście jest nią moja naprawdę serdeczna przyjaciółka, nikt nam zresztą w to nie wierzy, Maja (Maja Ostaszewska, zagrała w filmie „Jack Strong” – przyp. red.). I chyba nie mieszczę się też u Smarzowskiego. Jak to sobie tłumaczę? Wybór aktora to splot wielu rzeczy. A ja wyglądam tak, jak wyglądam, i mam taką, a nie inną energię, i moje warunki w tym wypadku są na przekór mnie, trochę mi przeczą. Mam nadzieję, że nikomu nie zawiniłam, nie sądzę też, bym była na jakiejś banicji. Przyznaję, że się zastanawiam, o co chodzi, i staram się w tym zobaczyć sens.

A może kino to zwyczajnie nie jest twoje miejsce?

No, może nie. Ale niełatwo się z tym pogodzić. Powiem więcej, ja się jeszcze nie pogodzę! Uważam, że mam coś do powiedzenia w kinie i jak oglądam niektóre produkcje, to chciałabym się w nich widzieć.

Póki co zostaje ci teatr, a w nim też masz etykietkę specjalistki od ról trudnych – to chyba nic złego?

Coś w tym jest, bo ostatnio pewien pan z widowni wszedł na scenę podczas spektaklu „Psychosis 4.48”, żeby mnie ratować!

Nie dziwię się. W końcowej scenie słychać tylko twój rozpaczliwy krzyk z prośbą o pomoc. To chyba jest wiarygodność?

Pewnie tak, skoro wreszcie ktoś zareagował! (śmiech). Choć wtedy wcale nie było mi do śmiechu. W skrócie było tak: gram, skupiona wypowiadam ostatnie zdania tekstu, wołam: „uwolnij mnie”, „odezwij się”, kompletna ciemność, tylko jeden reflektor skierowany prosto w oczy, i nagle słyszę kroki. Widzę twarz, tuż przy mojej, a zaraz potem słyszę lekko wystraszony szept: „odzywam się”. Okrył mnie, moje nagie, zakrwawione ciało swoim płaszczem, wziął mnie na ręce i chciał znieść ze sceny.

Grałaś dalej?

Tak. Zatrzymałam go gestem. Reszta potoczyła się błyskawicznie, bo obsługa sceny zajęła się panem.

Nie boisz się, że ktoś może zrobić ci krzywdę?

Teraz trochę się boję. I to mi uświadomiło, że mogło zdarzyć się wszystko, nóż wbity pod żebro też. Nawet gdyby mnie ten niespodziewany gość spoliczkował, to już by było to mocno nieprzyjemne…

Masz mocne nerwy?

Trudno powiedzieć. Potrafię być czasami bardzo silna, a przynajmniej tak mi się wydaje, i tak też jestem postrzegana. Ale potrafię też być kompletnie bezradna. Nie chodzi tylko o jakieś momenty, załóżmy, rozklejenia się czy słabości, albo jakieś wątpliwości. Czasami mam poczucie kompletnej beznadziei, właśnie braku jakiegoś pancerza. Bywa, że może mnie rozwalić najdrobniejsza uwaga z czyjejś strony.

Poczułaś kiedyś bezradność na środku ulicy?

No, może nie na środku ulicy, ale już zamknąwszy się w samochodzie, tak. Mogę udawać, że mnie to nie rusza, ale jak wkładam te kluczyki do stacyjki, to ręka mi się trzęsie. Mam w sobie wypracowany mechanizm, żeby słabości nie pokazywać. Wahnięcia, od totalnej siły do kompletnej słabości, zawsze we mnie były. Ale myślę, że to się bierze z doświadczenia, przeżyć, z tego, w czym wyrastasz i jak, będąc dzieckiem, zaczynasz sobie ten świat tłumaczyć. Oczekiwano ode mnie, że sobie poradzę, i ja sobie radziłam.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »