Wywiad z Mariką

fot.Rafal_Maslow

Najpierw wiara jest magiczna, wierzy się w cuda i świętego od zagubionych rzeczy. Potem przychodzi rzeczywistość i mówisz: „sakrament małżeństwa miał działać, do jasnej cholery!”… a nie działa. Nadchodzi kryzys. A potem? Jak dojść do momentu, że można powiedzieć „dobrze mi się żyje” – Marika opowiada Magdzie Mołek.
O Marice wiedziałam niewiele. Oczywiście znałam ją, tak jak większość z nas, jako wokalistkę, i ostatnio, prezenterkę telewizyjną. Na pytanie, czy zgodzi się na rozmowę ze mną do „Sensu”, nie odpowiedziała od razu. Po paru dniach dostałam SMS o treści „już jestem, wróciłam na planetę Ziemia, zgadzam się, działamy”. Kiedy przyszła na umówione spotkanie, na powitanie wypaliłam, że jest nieziemsko ładna. I po godzinie wiedziałam, że to nie był komplement na wyrost. Uroda jej duszy jest z innego świata.

reklama

Gdybyś miała podać dwa najważniejsze zajęcia, które cię definiują, mówią, jaka jesteś naprawdę, co byś wybrała?

Na pierwszym miejscu na pewno postawiłabym muzykowanie. Jestem artystką, chociaż to dosyć buńczuczne, jak się o sobie tak mówi. Ale nie będąc wykształconym muzykiem, muszę zdecydować się na jakąś nazwę innego rodzaju.

Artystka – to brzmi dumnie?

Trochę tak. To moje „bycie artystką” nie ogranicza się do tego, co i jak piszę albo też w jaki sposób to śpiewam. Ważne jest też to, że zajmuję się swoim zespołem. Szefuję 10 mężczyznom, i jak dotąd się udaje. Trwamy. A to sztuka!

Jeśli ten zespół nazywa się „Spokoarmia”, to chyba ty – generał – masz już niewiele rzeczy do zrobienia? Bo jesteś generałem, prawda?

Panią naczelnik, podobno. Im jestem starsza, tym bardziej odnoszę wrażenie, że „Spokoarmia” jest taką trochę łobuziarską, gówniarską nazwą, no ale tak już zostało, mimo że my dorośli. Najmłodszy członek mojego zespołu jest ode mnie 10 lat młodszy. Ale są też starsi. Bycie Mariką, czyli piosenkarką i „szefówką” zespołu, z którym koncertuję, jest więc pierwszą i najważniejszą moją aktywnością. Jeszcze niedawno bez zastanowienia powiedziałabym, że drugą jest moja audycja („Towary kolonialne” w Radiu Roxy). No, ale moje radio od pół roku nie istnieje, a ja zaczęłam pracę w telewizji. W tej chwili, jeśli ktoś nie znał mnie wcześniej z racji mojej muzyki, kojarzy mnie z „The Voice of Poland”. Jestem tam taką… spikerką, w gruncie rzeczy mówię to, co jest w scenariuszu, bo program ma określoną formułę. No, może z jakimiś delikatnymi aberracjami i wygłupami. Ale kontekst jest muzyczny, ludzie, którzy przychodzą do tego programu, mają głowę nabitą dźwiękami i marzeniami. Czyli pokrewne dusze! No i jest zabawa.

Mogłabyś robić jeszcze coś innego?

Jeśli miewam momenty kryzysu, że mam ochotę wszystko rzucić w diabły, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to stworzyć miejsce, w którym ludzi się karmi. Uwielbiam się ludźmi zajmować i ich karmić. Może nie jestem jakimś genialnym kucharzem, ale jestem niezła. I jestem też prowodyrką instytucji nieformalnej, która nazywa się „Niedzielny obiad zawsze spoko. Slow Food is massive”. To zamknięta grupa fejsbukowa, do której należy coś pod setkę osób.

Setkę? Karmisz ich wszystkich co niedziela we własnym domu, na 35 mkw.?

Nie, tylko wtedy, kiedy mam czas. Rzucam hasło, że wtedy a wtedy i proszę się potwierdzać lub zaprzeczać, i ludzie się meldują. Idea jest prosta, chcemy się spotykać, nie w klubach, żeby nie przekrzykiwać się z DJ-em i nie pić wódy. Poza tym spora liczba moich znajomych ma dzieci i te dzieci bywają bardzo często wymówką od spotkań towarzyskich. Pomyślałam sobie, że trzeba urządzać spotkania, na których dorośli będą sobie rozmawiać, a dzieciaki gdzieś pełzać obok. Mieszkanie na szczęście jest dwupokojowe, mimo że tak małe. Nie jestem panią gospodynią, która przygotowuje milion potraw dla trzydziestu osób, tylko każdy przynosi coś ze sobą. Może to być siatka ziemniaków albo kawałek sera, albo doniczka z bazylią – i ustalamy, co będziemy gotować.

Masz 33 lata, wygląda na to, że robisz to, co lubisz, jesteś otoczona przyjaciółmi. Dobrze ci się żyje?

Dobrze mi się żyje. Chociaż mogę tak powiedzieć od niedawna. Chyba dopadło mnie coś na wzór kryzysu wieku przedśredniego. Mam nadzieję, że to było właśnie to, i mam już go za sobą.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »