Być kobietą na Wyspach Trobrianda

fot.123rf

Jeśli ma ochotę na seks, wystarczy, że zapyta chłopaka: „czy masz betel?”. Co on na to? Na wyspach mawiają: „nie ma wyboru”.
Mogłoby się wydawać, że trudno o miejsce bardziej od nas odległe. Archipelag czterech większych i kilkunastu małych wysp koralowych leży hen, na wschodnim krańcu Papui-Nowej Gwinei. Jednak mimo że znajdują się po drugiej stronie globu, Trobriandy są Polsce bliskie. Głównie za sprawą Bronisława Malinowskiego. Antropolog, pisząc „Zwyczaj i zbrodnię. Życie seksualne dzikich”, rozsławił ten zakątek na cały świat, a opis zwyczajów mieszkańców wysp rozsławił Malinowskiego.

reklama

Dobre wspomnienie Malinowskiego na Trobriandach nie słabnie. Pamiętają go jako człowieka, który „nie robił różnicy między białymi a czarnymi” – i może między innymi dlatego, gdy sto lat później reporterka (a także antropolożka) Aleksandra Gumowska zawitała w domu naczelnego wodza Wysp Trobrianda, ten przyjął ją do swojej rodziny. Dziś Gumowska opowiada nam, dlaczego bez kobiet nie ma tradycyjnej kultury trobriandzkiej. Jednak aby zrozumieć, skąd bierze się szczególna pozycja kobiet w życiu na wyspach – trzeba zacząć od śmierci.

Reinkarnacja… Po śmierci dusza idzie na Tumę: to wyspa leżąca na północny zachód od Kiriwiny, największej w archipelagu. – Dusza bawi tam niczym w raju, ale w pewnym momencie rajski żywot jej się nudzi. Wtedy zaczyna młodnieć – mówi Aleksandra Gumowska. – Młodnieje, aż staje się embrionem, choć Trobriandczycy za czasów Malinowskiego nie użyliby tego słowa. W takiej postaci dusza wędruje z powrotem na Kiriwinę. Szuka kobiety ze swojego podklanu i wchodzi do jej ciała. Przez głowę albo przez pochwę, są różne wersje. Następnie zagnieżdża się w brzuchu – dodaje. Co wynika z wiary w tak opisaną wędrówkę dusz? Dwa wnioski fundamentalne dla ładu społecznego na wyspach. Pierwszy to dziedziczenie po linii matki. Drugi – seksualne równouprawnienie i swoboda. Zacznijmy od tego pierwszego.

Matrylinearnie… Skoro to znudzona duszyczka z Tumy szuka kobiety ze swego rodu – mężczyzna przy rozmnażaniu nie ma do odegrania większej roli. Biologiczny ojciec może więc dziecku dać swoje imię, ale nie da mu przynależności do podklanu. Dziecko rodzi się zawsze w podklanie matki. – Czyli na przykład jeśli jest to podklan wodzowski, dziecko będzie przynależeć do tego najważniejszego rodu niezależnie od pochodzenia ojca – tłumaczy Gumowska. – Potencjalnie może zostać wodzem, nawet jeśli jego ojciec należał do niższego podklanu. Dziedziczenie majątku odbywa się także po linii żeńskiej, ale – aby sprawę nieco skomplikować – dziedziczą mężczyźni. Dziecko otrzymuje spadek po wuju, bracie matki. Wszystko dzieje się więc w obrębie podklanu matki. Tylko że ważni są mężczyźni, którzy od kobiet pochodzą.

Władza… No właśnie: mężczyźni. I wódz, którego szanują mieszkańcy wszystkich wysp archipelagu, a nie władczyni. Dlaczego? – To paradoks. Kobiety są bardzo ważne, ale na zgromadzeniach ogólnych nie mogły się odzywać przy mężczyznach – mówi Gumowska. – Teraz to się zmienia dzięki chrześcijaństwu. Kobiety zostają liderkami we wspólnotach wiejskich i mają tam głos. To zjawisko zaczyna wychodzić poza wspólnotę kościelną.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »