Co znaczą nasze marsze?

fot. iStock

Ale wróćmy na chwilę do marszów i podobnych gestów…

reklama

Myślę, że nie doceniamy wpływu, jaki pewne idee psychoterapii wywierają na kulturę, a wpływ ten jest olbrzymi. W terapii emocje bardzo się liczą. „Nie doradzaj, nie oceniaj, staraj się towarzyszyć i empatyzować” – to wezwanie oczywiście nie jest całokształtem pracy terapeuty, ale tak sobie to kojarzymy i ta idea przekłada się później na naszą wizję świata. Zaczynamy myśleć, że w realnym świecie też to może tak działać. Nie oceniać, nie doradzać, tylko współczuć. Niestety, w sprawach takich jak konflikty bliskowschodnie jest dokładnie odwrotnie. Tu mniej się liczy, czy „jesteśmy z kimś po prostu obecni”, a bardziej to, czy mamy jakiś pomysł, za realizację którego jesteśmy gotowi wziąć odpowiedzialność, firmować go własnym nazwiskiem, podjąć ryzyko jego realizacji. Jeśli nie ma konkretnej osoby z pomysłem na działania, rozwiązania i decyzje, to grupa ożywiona jakąś bliżej nieokreśloną pozytywną myślą, że „tak dalej być nie może”, „to straszne, że giną ludzie” – nie zmierza w żadnym określonym kierunku i po pewnym czasie taki ruch się rozpada. Widzimy to także na przykładzie Polski w ostatnich latach. Przetrwały te inicjatywy, które miały konkretnego, łatwego do zidentyfikowania przywódcę z konkretną wizją wynikającą z konkretnych podstawowych założeń. Reszta, mimo znacznej liczebności i dużego zaangażowania emocji, się rozpadła. I tak jest też z wojną w Syrii – problem zostanie rozwiązany, jeśli pojawi się konkretna osoba z prawdziwą znajomością problemu i sposobem na jego rozwiązanie. Współczucie milionów, choć szlachetne,
jest bezproduktywne.

Jest też taka idea, bliska w kręgach kobiet, które znam, by robić to, co można. Na przykład w najbliższym otoczeniu, podwórku, osiedlu, wiosce, gminie, jeśli się nie ma wpływu na te dalsze kręgi. I żeby to szerzyć wśród innych. Czyli pomagać tym, do których można dotrzeć, bo jak mówisz, wszystkim pomóc się nie da.

Jak już wspomniałem, większe znaczenie od tego, co przeżywamy, ma to, czy mamy jakieś propozycje konkretnych rozwiązań, które by się opierały na rzetelnej wiedzy. Przeciętny człowiek nie ma szans zrozumieć dokładnie bliskowschodniego konfliktu, musiałby poświęcić na to lata studiów. Przeciętny Europejczyk nie wie więc, czego tak naprawdę powinien się domagać od swojego rządu w tej sprawie. Jego odruch współczucia czy przerażenia nie ma więc praktycznego znaczenia, bo na nic się nie przekłada. Co więcej – równie łatwo go wywołać, co i przekierować. Wystarczy odpowiednio budować zdania. Weźmy pojęcia, takie jak „rebeliant”, „terrorysta”, „partyzant”, „rewolucjonista”. Jak się ich rozróżnia? To media decydują, kto jest kim. Język to potęga, szczególnie gdy słuchacz ma serce wielkie, ale wiedzy żadnej. Nasz model świata jest oparty na wyobrażeniu walki dwóch sił – światła i ciemności. Jedni są dobrzy, drudzy źli. Ale tak zbudowane są bajki. W praktyce zawsze jest dużo więcej niż dwie siły i racje każdej z nich są bardzo złożone. Jednak przekaz medialny zawsze dąży do tego, żeby sprowadzić sytuację do tego podstawowego dualizmu, albo przenosi akcent w ten sposób, że dobre są „niewinne ofiary”, a zły jest „świat, który nic nie robi”. Bo ostatecznie chodzi o to, żeby odbiorca poczuł silne emocje. To pozwala utrzymać jego uwagę.

To prawda, media kochają podkręcać emocje, eskalować konflikty, a nawet manipulować obrazem rzeczywistości. Sami nakręcamy tę spiralę nienawiści?

W zasadzie wielka część psychoterapii zajmuje się właśnie tym paradoksem – „wiem, że coś jest dla mnie niedobre, a mimo to właśnie to robię”. Czemu tak się dzieje? Istnieje takie pojęcie jak przymus powtarzania. Powtarzamy to, co się już wiele razy identycznie kończyło, z nadzieją, że mimo identycznych działań tym razem się skończy inaczej. To potężna siła. Istnieje też wiele destrukcyjnych mechanizmów grupowych. Możemy to obserwować na przykładzie globalnego ocieplenia. Wszyscy wiemy, że jest problem i że jedynym rozwiązaniem byłoby się samoograniczyć. Ale ponieważ zakładamy, że inni tego nie zrobią, robienie tego samemu wydaje się nieracjonalne. Rządy mówią: „ograniczymy spalanie węgla, jeśli zrobią to nasi sąsiedzi, bo inaczej poniesiemy większe od nich koszty i przez to ekonomicznie oni zostawią nas w tyle”. Sąsiedzi mówią to samo, więc w efekcie wszyscy zmierzają ku katastrofie. Ta myśl, że dążenie jednostek do zwycięstwa w rywalizacji może się wcale nie sumować w globalny sukces, tylko wywołać globalną katastrofę, jest odwróceniem podstawowej kapitalistycznej idei. Wielu trudno to zaakceptować.

Jak można sobie poradzić z poczuciem bezradności? Wpłaciłam „na Syrię”, namówiłam męża, żeby wpłacił, ale rzeczywiście, mam poczucie, że to nic nie zmienia. Z drugiej strony nierobienie niczego jest 100 razy gorsze od myślenia, że „nic nie można zrobić”.

Na jakimś zupełnie elementarnym poziomie oczywiście ludzie mogą podejmować pewne działania w celu pomocy innym. Rozumiem jednak, że twoje pytanie jest głębsze. Czemu mimo że kopiemy studnie, wciąż tylu pozostaje bez wody? Jest taki fragment „Dzienników” Witolda Gombrowicza, gdzie on opisuje swoje doświadczenie związane z tym problemem. Siedział na wydmach i nagle zauważył żuka, który odwrócił się na grzbiet i nie mógł wydobyć się z piasku. Pomógł mu, ale po chwili zobaczył następnego. Temu też pomógł. Następny. Szedł chwilę przez wydmy, podnosząc kolejne żuki, ale w pewnym momencie wyprostował się i rozejrzał. Zobaczył morskie wybrzeże pełne wydm. Zrozumiał, że nie da rady odwrócić wszystkich żuków, bo jest ich nieskończoność i to uczucie, niemal nieludzkie, próbował czytelnikowi opisać. O pewnych doświadczeniach ciężko jednak teoretyzować.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »