Czym jest szczęście w Birmie

Po pół wieku rządów dyktatury wojskowej, Mjanma – niegdyś najzamożniejszy po Filipinach kraj Azji Południowo-Wschodniej – stała się jedną z najuboższych na świecie. Birmańczycy ciągle borykają się z przerwami w dostawie prądu, czy brakiem wody pitnej i produktów spożywczych z powodu suszy lub ulewnych deszczy monsunowych. Dalecy są jednak od narzekań i marazmu.


Po pół wieku rządów dyktatury wojskowej, Mjanma – niegdyś najzamożniejszy po Filipinach kraj Azji Południowo-Wschodniej – stała się jednym z najuboższych na świecie. Birmańczycy ciągle borykają się z przerwami w dostawie prądu, czy brakiem wody pitnej i produktów spożywczych z powodu suszy lub ulewnych deszczy monsunowych. Dalecy są jednak od narzekań i marazmu.

reklama

Himavunta: genesis i chaos

Niezależnie od pory dnia i liczby gości, 34-letnia Thiri Aung pędzi do ogromnego gongu w bramie popularnej restauracji, by oznajmić przybycie biesiadników.

– Bang, bang, bang! – rozlega się dźwięcznie po ogrodzie, w którym równo ustawione stoliki przyozdobione są ręcznie robionymi marionetkami. Thiri Aung pozbiera je przed zmierzchem, by późnym wieczorem odegrać dla turystów yoke thé, tradycyjną sztukę lalkarską.

– Cały spektakl pokazuje trupę dwudziestu ośmiu ręcznie robionych marionetek – mówi. – Zaczynamy od tańca Króla Bogów, po którym na scenę wkracza Biały Koń, Małpa, Ogry i inne postaci, symbolizujące Himavuntę – narodziny świata. Po chaosie stworzenia pojawia się król i królowa w otoczeniu świty, co zwiastuje początek nowego królestwa. Czyli jak w historii mojego kraju!

Wojenny taniec ogrów Nan Belu i Taw Belu

To samo przedstawienie, obecne w birmańskiej sztuce od ponad trzech wieków, wielokrotnie oglądał dwór królewski w Mandalaj, zanim nastąpił chaos: do Birmy wkroczyli Brytyjczycy i król Thibaw, ostatni władca kraju, znalazł się na wygnaniu w Indiach w 1885 roku.

Na kolejne sześćdziesiąt lat Birma stała się częścią Indii Brytyjskich, co spowodowało bezprecedensowy napływ indyjskich imigrantów, którzy pod koniec ery kolonialnej stanowili większość mieszkańców Rangunu, kolonialnej stolicy państwa. Po inwazji Japończyków w 1941 r. i odzyskaniu niepodległości w sześć lat później ponad pół miliona Hindusów opuściło kraj, ale ich potomkowie częstokroć wracali do Birmy, mimo iż narażeni byli na prześladowania ze strony jej rdzennych mieszkańców.

– Mój ojciec był Hindusem, ale tu się urodziłem i to mój kraj – mówi Mo, 54-letni taksówkarz który chętnie wdaje się w pogawędki z turystami. – Z zawodu jestem fizykiem i w latach 50-tych pracowałem dla rządu.

Skręca w okraszoną palmami aleję, ciągnącą się wzdłuż ranguńskiego Jeziora Inya, utworzonego przez Brytyjczyków w końcu XIX w i machinalnie wskazuje ręką przez okno:

– Z tamtej strony jest dom Aung San Suu Kyi – po czym wraca do tematu.- Po obaleniu rządu i wprowadzeniu komunizmu w 1962 r. nastały ciężkie czasy, ale załapałem się do pracy na statkach transportowych i przez pięć lat zwiedziłem całą Azję Południowo-Wschodnią – mówi z błyskiem domu w oku, po czym wzdycha smętnie. – Ale później już nigdzie nie można było wyjechać.

Do ogrów dołącza małpa

Później, czyli na kolejne dwie dekady socjalistyczny rząd premiera Ne Wina zupełnie odizolował ówczesną Birmę od świata, jako pretekst podając typową dla autorytarnych reżimów konieczność ochrony kultury narodowej przed wpływami kapitalistycznymi.

Dla Mo, który do tej pory eksportował kruszec, ropę oraz drewno tekowe nastał trudny czas wiązania końca z końcem.

– Takie były czasy, ale teraz jestem zadowolony – ucina temat z uśmiechem. – To, co zarabiam wystarcza na utrzymanie mojej rodziny i choć nie lubię stać w korkach, to przyjemnie jest rozmawiać z obcokrajowcami. I ćwiczę angielski!

Pod Shwedagon Paya – krytej złotem i diamentami pagody, która rozmachem i mistyczną atmosferą może poruszyć niejednego ateistę – Mo kategorycznie odmawia przyjęcia należnej zapłaty w wysokości US$2, za które można zjeść całkiem przyzwoity obiad w centrum miasta.

– To było niedaleko i nie spaliłem dużo benzyny – tłumaczy pobłażliwie. – A poza tym ja chcę, by obcokrajowcy czuli się w Mjanmie jak w domu i chcę im pomagać.

Mimo nalegań Mo nie daje się przekonać, by przyjąć zapłatę; przecież jego praca to przyjemność i tak dobrze mu się rozmawiało.

Alchemik Zaw Gyi, prowadzi ascetyczne życie leśne i pomaga maluczkim

Na stopniach prowadzących do 2500-letniej Shwedagon Paya uwieńczonej 72-karatowym diamentem jest jak w ulu: astrologowie z czerwonymi, od żucia pieprzu betelowego, zębami reklamują przepowiednie oparte na birmańskim kalendarzu księżycowo-słonecznym, przewodnicy oferują indywidualne wycieczki wokół 64 pagód okalających główną świątynię, a kwiaciarki namawiają do zakupu bukietów róż, by złożyć je w ofierze pod posążkiem symbolizującym odpowiedni dzień urodzenia.

– Co tydzień składam kwiaty i modlę się przy planetarnym filarze przeznaczonym dla urodzonych w czwartek – wyjaśnia Tun Tun, 42-letni przewodnik, który od dekady oprowadza turystów po kompleksie świątynnym Shwedagon Paya. – Należy wielokrotnie polać statuetkę Buddy świętą wodą zgodnie z liczbą przeżytych lat plus jeden. Dzięki temu odpędzam złe duchy i mam szczęście w życiu.

Tun Tun najczęściej składa modlitwy w intencji biznesu turystycznego, który chce otworzyć z kolegą z pracy.

– Chcemy oferować wycieczki z przewodnikami po całym kraju i mamy oszczędności, by zacząć – mówi. –  Teraz jest najlepszy czas na zaistnienie na rynku, bo rząd już nie ma monopolu na wszystkie przedsiębiorstwa i wiem też, że w tym roku fortuna mi sprzyja.

O pomyślności w życiu mówi również Aung Khin Oo, która od dwudziestu lat pracuje w zakładzie wytwarzającym bambusowe podkładki stołowe w małej wiosce nieopodal Sittwe w zachodniej prowincji na wybrzeżu Mjanmy, zamieszkanej głównie przez mniejszość narodową Rakhine.

– Pracuję tu od piętnastego roku życia – mówi z dumą, wprawiając bosymi stopami w ruch drewniane krosno wielkości fortepianu. Co sekundę lewą ręką wystrzeliwuje wielkie wrzeciono pod napięte nici bawełny, by bezbłędnie złapać je w prawą dłoń i przerzucić z powrotem; ruch przypomina poziome żonglowanie w przyspieszonym tempie i przy akompaniamencie nieustannego stukotu drewnianych pedałów.

– Jak jesteś inteligentna, to możesz pracować szybko i z przyjemnością – w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy Aung Khin Oo produkuje średnio czterdzieści podkładek, zarabiając 2 złote. – Nauczyłam się tkactwa, gdy miałam pięć lat i potrafię zrobić nie tylko podkładki, ale też kolorowe longyi [tradycyjny rodzaj spódnic, noszonych zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety – przyp.aut.] albo i nawet dywan.

Zakład mieści się przy wiejskiej drodze, na której poboczu suszą się rozłożone w słońcu laski bambusowe, pocięte w równe pałeczki. Maszyny do wyrobu podkładek stoją na klepisku, po którym plączą się znudzone kury i czasami zagląda ospały kocur. Na parterze nie ma ścian, a sufit stanowi pierwsze i jedyne piętro budynku, wzniesione na drewnianych palach.

– Przenosimy się na górę w porze deszczowej – wyjaśnia wskazując palcem ku schodom, przy których wisi ogromna mapa świata. – Ale na powietrzu przyjemniej się pracuje.

Aung Khin Oo ukończyła zaledwie szkołę podstawową, gdyż jej matki – wdowy po policjancie, zastrzelonym w zamieszkach wynikłych po coup d’etat w 1968 r. – nie było stać na dalszą edukację córki. W 1989 r., kiedy rząd zmienił nazwę kraju na obecną Mjanmę, zaczęła pracować w zakładzie, mając zaledwie 15 lat. Wielokrotnie była w Rangunie i zwiedziła Shwedagon Paya oraz Jezioro Inle w centralnej Mjanmie, najbardziej cieszy ją jednak codzienne życie w wiosce.

– Tutaj jestem niezależna – mówi. – Moje serce zmarło wraz z moim ojcem, więc nigdy nie wyszłam za mąż, a poza tym mężczyźni tylko piją i grają w karty. Praca daje mi satysfakcję, bo mogę się zajmować 81-letnią matką, dawać ofiarę na budowę świątyń oraz mam poczucie, że dokładam się do rozwoju gospodarczego kraju.

Początek nowego królestwa symbolizuje pojawienie się króla i królowej

Aung Khin Oo nie ma wielkich oczekiwań wobec Aung San Suu Kyi – noblistki oraz pierwszej w historii Mjanmy kobiety na stanowisku Ministra Spraw Zagranicznych, której pro-demokratyczna partia zwyciężyła w listopadowych wyborach do parlamentu po ponad półwieczu rządów wojskowej junty. Prezydentem kraju – zamiast Aung San Suu Kyi, której objęcie tego stanowiska uniemożliwił zapis dodany przez generałów do konstytucji w 2008 r. – został Htin Kyaw, jej wieloletni sprzymierzeniec, który wspierał ją przed dwie dekady aresztu domowego.

– Choć Aung San Suu Kyi przeznaczyła otrzymane US$1.3mln z Nagrody Nobla na fundusz edukacji i służby zdrowia, w Naypyidaw [nowej stolicy kraju od 2006 r. – przyp. aut.] nadal rządzą generałowie birmańscy i my ich w ogóle nie obchodzimy – wzrusza ramionami Aung Khin Oo. – Równie dobrze moglibyśmy być w innym kraju.

– Chciałabym tylko, żeby kobiety mogły studiować za darmo i nie musiały zdobywać wyższych wyników na egzaminach wstępnych na uniwersytety, niż mężczyźni – dodaje, opierając bosą stopę o urządzenie do nawijania bawełny na szpule, zrobione z roweru z odwróconymi do góry kołami. – Dla mnie na studia już za późno, ale za to dużo czytam, najchętniej biografie, bo wówczas mogę się czegoś nauczyć od mądrych osób, które więcej wiedzą o świecie, a przecież wiedza jest najważniejsza.

Tekst i zdjęcia: Ramona Ślusarczyk

Jak mówi o sobie „Jestem Polką bez granic”:
1. Geograficznie – gdyż od dziesięciu lat nie mieszka w Polsce, co w praktyce oznacza życie w czterech krajach na trzech różnych kontynentach.
2. Zawodowo – bo ma na swoim koncie pracę jako kelnerka na Bermudach, specjalista do spraw logistyki w Anglii, nauczycielka angielskiego w Wietnamie oraz wykładowca mediów i public relations w Dubaju.
3. Ambicjonalnie – bo uwielbia różnorodne wyzwania: trzy tysiące kilometrów na rowerze w rok, wspinaczka skałkowa, żeglarstwo, udział w kampaniach na rzecz tzw. community empowerment, alt w międzynarodowym chórze, a nawet występ jako tancerka burleski (tak, w Dubaju).
Jej największa pasja to Wschody: Daleki i Bliski.