Moleskine – notatnik, który tworzy historię

Nazywa się Moleskine – tak jak marka mediolanskiej firmy, która dekadę temu wypromowała go na całym świecie. Ma swoją stronę w serwisach: Facebook, Myspace i You Tube. Grywa w filmach („Diabeł ubiera się u Prady”, „K-Pax”, „Indiana Jones”). Na jego legendę zapracowały jednak bezimienne notatniki wytwarzane od dwustu lat przez małe włoskie manufaktury – na zamówienie pisarzy, malarzy i podróżników.
Wydaje się, że ten opięty gumką czarny, lekko zaokrąglony na rogach prostokąt z kremowymi kartkami, przedzielonymi tekstylną zakładką, sam w sobie gwarantuje natchnienie i sukces artystyczny. Sprzedawcy żartują, że amatorzy pisania, którzy nie potrafią zapamiętać nazwy, najczęściej proszą o „notes z gumką, którego używał Hemingway”. Tymczasem w moleskinopodobnych notatnikach swoje myśli zapisywali także bardziej „wiotcy” poeci i myśliciele, między innymi Guillaume Apollinaire i Jean Paul Sartre. Lubili je malarze: Vincent Van Gogh i Pablo Picasso.

reklama

Kalendarz Moleskine

Hemingwayowi z pewnością przypadły do gustu najistotniejsze cechy produktu – wytrzymałość i uniwersalność. Sztywne okładki, przywodzące na myśl książeczkę do nabożeństwa, pomagają współczesnym nomadom pisać lub szkicować na gorąco: wzdłuż i w poprzek, na kolanie, plecaku, nawet w powietrzu (nie potrzeba blatu). Pewnie zatrzymałyby też kulę wymierzoną w serce – ale o tym musiałby opowiedzieć sam pisarz-awanturnik. Boczne papierowe kieszonki (wewnątrz okładek) wchłoną każdą ilość biletów, rachunków restauracyjnych i innych karteluszków. Drobiazgi są tam bezpieczne – gdy zepniemy notatnik elastyczną tasiemką, nic się nie wysypie. Moleskiny wypełniane zbieranymi w podróży artefaktami szybko tracą linię i ze smukłych cegiełek zmieniają się w pękate beczułki. Wystarczy spojrzeć na dziennik podróżnika, muzyka i pisarza Paula Bowlesa (autora m.in. „Pod osłoną nieba”) lub manuskrypt podróżującego po Afryce ornitologa Jamesa Paula Chapina. Bruce Chatwin urządził się lepiej – on nie musiał upychać niczego między kartkami, bo przed wyjazdem do Australii zamówił aż sto notatników (zebrał w nich materiały do książki o kulturze Aborygenów: „Na ścieżkach śpiewu”).

Oryginalne moleskiny (przypominam: znak towarowy zastrzegła mediolańska firma Moleskine ® srl ) mają dziś dwa rodzaje okładek: twardą i miękką. Zwykle są czarne, choć istnieje limitowana wersja czerwona. Występują w trzech podstawowych formatach, przy czym najmniejszy mieści się w kieszonce marynarki. Raczej nie kupimy ich w podrzędnym sklepie papierniczym, prędzej w modnej księgarni, takiej jak warszawski Czuły Barbarzyńca (łudząco podobne notesy, innego wydawnictwa, za to o połowę tańsze, oferuje sklep z dizajnerskimi sprzętem domowym Red Onion). Czarną, intelektualnie obiecującą okładką warto pochwalić się w towarzystwie, dlatego posiadacz moleskina raczej nie przepuści okazji, żeby wyjąć go z torebki lub kieszeni i położyć niedbale na stoliku modnej restauracji. A jeśli go zgubi lub zapomni? Może swój egzemplarz odzyskać – pod warunkiem, że wypełni rubrykę wydrukowaną na pierwszej stronie: „in case of loss, please return to… as a reward: $ …”. Ciekawe, jaką Państwo wpisaliby sumę.

Współcześnie po notatniki tego typu sięgają głównie projektanci i dziennikarze. Pierwsi wybierają kartki gładkie, drudzy – w linie. Są też wersje w kratkę, zdecydowanie mniej popularne. Przynajmniej w Polsce. Cóż nie jesteśmy narodem matematyków. Wolimy być Hemingwayami.