Polski kicz

Pozbawione detali wściekle kolorowe elewacje budynków, betonowa kostka na reprezentacyjnych deptakach, wszechobecne reklamy i billboardy, plastikowe krzesła i stołowa zastawa z przydymionego szkła na eleganckich przyjęciach. Tak wygląda tandeta po polsku.
„Szare domy w szarym mieście” śpiewał w latach 80. Tomek Lipiński. Gdyby dziś wokalista grupy Tilt chciał równie realistycznie opisać polski pejzaż, musiałby zmienić tekst piosenki. Nasze miasta już nie są szare, lecz wściekle kolorowe – zamiast siermiężnego peerelowskiego minimalizmu mamy krzykliwą estetykę, często niestety jeszcze bardziej chaotyczną i kiczowatą niż w czasach rządów generała Jaruzelskiego.

reklama

W całym cywilizowanym świecie walory budynku podnosi się, używając do wystroju szlachetnych materiałów, ozdabiając misternymi tynkami czy układem stolarki okiennej – kolor jest tylko dopełnianiem. U nas jest na odwrót. Najważniejsza jest barwa: im krzykliwsza, tym lepsza. Bloki, biurowce, wille malowane są w papuzie kolory, nie tylko nieharmonizujące z okoliczną zabudową, ale i gryzące się same z sobą. Przykładów są tysiące. Na gdańskiej Zaspie bloki pomalowano w kolorowe choinki, a na wrocławskim osiedlu Huby wielopiętrowe domy mają na ścianach pseudomurale w postaci czerwonych daszków z kominami. W centrum Warszawy straszy hotel Sobieski, którego szefostwo zachwala obiekt jako „elegancką wizytówkę” dzielnicy Ochota.

Kicz toczy budownictwo jednorodzinne. Od lat 80. plenią się u nas tzw. gargamele, czyli wille z pseudozamkowymi wieżyczkami, którym nazwę dał safandułowaty czarodziej z kreskówki o Smurfach (emitowanej wtedy przez TVP), mieszkający w zrujnowanej warowni. Ostatnio pojawiły się ich mutacje – banalne domki z gankami à la dworek szlachecki i rezydencje stylizowane na barokowe pałace. Kolejnym polipem naszej urbanistyki są wszędobylskie reklamy – setki tysięcy billboardów, citylightów, szyldów stawianych bez ładu i składu w mieście i na wsi, zasłaniających całe gmachu, elewacje zabytkowych budynków. Nie ma w Europie drugiego państwa, które miałoby tak zaśmieconą ogłoszeniami przestrzeń publiczną.

Nie ma też kraju, w którym porównywalną karierę zrobiłaby betonowa kostka. Kostka Bauma (nazywana tak od warszawskiej firmy, która jako pierwsza w 1989 roku uruchomiła jej produkcję – w niektórych rejonach kraju znana jako polbruk) jest znakiem rozpoznawczym małej architektury polskiej po odzyskaniu niepodległości. Sama w sobie nie jest niczym złym, jeśli tylko stosowana z umiarem. W krajach Zachodu wykłada się nią parkingi przy supermarketach, peryferyjne place i chodniki – pod lepsze adresy trafia naturalny kamień lub beton, ale w bardziej wyrafinowanej formie. U nas wzięła kostka wszystko, nie tylko podwórza i zaplecza magazynów, ale także deptaki i zabytkowe centra miast. Nieodłącznym elementem deptaków są też plastikowe stoliki i krzesła. Zaprojektowane z myślą o przydomowych ogrodach i działkowych altanach u nas przyjęły się jako wyposażenie (często luksusowych) knajp – szpecą zabytkowe starówki i dzielnice nowoczesnych biurowców.

Nie tylko mieszkać, spacerować i odpoczywać Polak lubi jeść na byle czym. Od dwóch dekad na naszych stołach króluje francuskie szkło arcoroc w jego najbrzydszej, przydymionej odmianie. Wydawałoby się, że obiad podany na burych talerzach jest nieapetyczny. Może i jest, ale nie dla Polaków.