DGD, czyli Dorosłe Grzeczne Dzieci – felieton Hanny Samson

Są rodziny, w których rodzice mogą robić, co chcą, bo są rodzicami i należy im się szacunek. A dzieci? Nawet jeśli mają 40 lat, powinny być grzeczne i znosić z pokorą zachowanie rodziców. Ale czy komukolwiek to służy?
„Czcij ojca swego i matkę swoją” – to przykazanie jest ważne w naszej kulturze i niewątpliwie ma sens. Ale czy oznacza ono, że rodzicom nie możemy się przeciwstawić? Czy „bycie grzeczną” na pewno jest ważniejsze od bycia w zgodzie ze sobą?

Gdyby chodziło o rodziców, którzy piją lub źle traktują swoje dzieci, sprawa byłaby prostsza. Ale co z tymi, którzy są dobrzy i kochający, a ich działania wynikają z troski o dzieci, a przynajmniej tak im się wydaje?

Przyszli do mnie w piątkę. Córka z mężem, syn z żoną i jeszcze młodsza córka bez pary, bo chłopak rzucił ją po interwencji mamy. Zerwanie nastąpiło jawnie i przy świadkach. Był nakryty stół, było miło, chłopak pierwszy raz znalazł się w domu rodziców, gdzie często odbywają się rodzinne spotkania.

– Dlaczego tak często tam jeździcie? – pytam, bo wiem już, że w tym domu zwykle spotyka ich coś niedobrego. –  Bo lubimy ze sobą być. Tam się wszyscy mieścimy, dom jest duży, dzieci mogą się bawić w ogrodzie, rodzice się cieszą, gdy przyjeżdżamy, nasze dzieci uwielbiają dziadka… –  padają liczne powody, dla których zbierają się w tym samym miejscu niemal co weekend. Gdyby nie wyskoki mamy, mogliby walczyć o tytuł rodziny miesiąca albo roku.

Wróćmy do stołu, przy którym po raz pierwszy siedział chłopak młodszej córki. – Pan chyba nie zamierza zostać mężem naszej Ani? – zapytała mama, w jej głosie słychać było lekką drwinę, wszyscy zesztywnieli jak zwykle w takich chwilach, tylko chłopak jeszcze nie wyczuł, co się święci.  – Zamierzam! Kochamy się i chcemy być razem – odpowiedział z zapałem. – Przecież pan nie jest w stanie utrzymać rodziny – drwina zabrzmiała mocniej. – Mamo, co ty mówisz, przestań! – starsza córka próbowała ratować sytuację, syn też coś mówił, ale mama nie dała się zatrzymać. – Nie tak wyobrażam sobie zięcia – zawyrokowała.

Po tych słowach chłopak Ani wstał od stołu i wyszedł, Ania wybiegła za nim i z płaczem próbowała go zatrzymać, ale on pojechał do domu. – Pani została? – pytam z niedowierzaniem. – Tak – odpowiada. – Dlaczego? –  dopytuję. – Nie mogłam tak wyjść, bo mama by się obraziła – mówi. –  Ale ona przed chwilą obraziła pani chłopaka – nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. –  Mama często kogoś obraża. Mój mąż też przeszedł swoje – włącza się starsza córka.

I zaczynają się opowieści o tym, jak mama ich rani i że to jest nie do zniesienia.  –  A jak się kończą takie sytuacje? – znowu się odzywam. – Mówimy mamie, że jest nam przykro, prosimy, żeby tak nie robiła, a ona wtedy zaczyna płakać, twierdzi, że to z troski o nas i zalewa się łzami, dopóki jej nie przeprosimy – tłumaczą. – I przepraszacie? – chcę wiedzieć. – Tak.

Mąż starszej córki usłyszał kiedyś, że jest nieudacznikiem i że wstyd mieć takiego zięcia. Obraził się i wyszedł. A mama była obrażona na niego, że wyszedł bez pożegnania. „Jak on mnie potraktował!”.

Mąż zaparł się, że więcej nie pojedzie do teściów, ale żonie bardzo zależało na rodzinnych spotkaniach, więc w końcu uległ.

–  Kupiłem kwiaty i pojechałem przeprosić  – opowiada. –  Za co? –  pytam.  –  Nie mam pojęcia –  mówi mężczyzna. – U nas zawsze dzieci musiały przepraszać mamę, jeśli był jakiś konflikt – wyjaśnia żona.  – Nie jesteście już dziećmi – stwierdzam. –  Ale mama się nie zmieniła – słyszę.

Oni także się nie zmienili. Nadal zachowują się jak dzieci, które mają słuchać rodziców i działać według ich zasad. Skrępowani przez wyniesione z domu normy grzeczności krępują nimi również swoich partnerów. A mama może robić swoje. Ale czy grzeczność na pewno wymaga, żeby pozwalać się obrażać i godzić się na obrażanie bliskich osób? Chyba nie. A już na pewno nie pozwala na to dorosłość.

Jest ich pięcioro, mają podobny ogląd sytuacji. Gdyby tak solidarnie wstali od stołu i wyszli, kiedy mama obraża jednego lub jedną z nich? Człowiek ma tyle władzy, ile inni mu dają. Zamiast wzmacniać destrukcyjne zachowanie mamy, lepiej dać jej szansę na zmianę. Matki uczą się równie szybko jak inni ludzie. Gdy jakieś ich działania nie prowadzą do pożądanych efektów, mogą protestować, ale w końcu przestają tak działać.

Ola ma 35 lat, męża i siedmioletnią córkę Zosię, która często przywołuje ją do porządku.

–  Mamo, nie oglądaj przy mnie wiadomości! –  woła Zosia. –  Dlaczego? – dziwi się Ola. I słyszy: – Przecież babcia mówiła, że nie powinnaś.

Zosia wie dużo o tym, co mama powinna, a czego nie powinna robić. Powinna odrabiać z nią lekcje, kłaść się wcześniej spać, chodzić do kościoła, częściej gotować zupę i tak dalej. Ola tłumaczy jej, że jest jej mamą i wie, co robi, lecz Zosia nie wydaje się przekonana: – Ale przecież babcia mówiła, nie pamiętasz? – dziwi się.

Jasne, że Ola pamięta, czemu jednak miałaby żyć według reguł mamy, a nie własnych? Nie ma powodu. Problem polega na tym, że Ola nie chce kłócić się z mamą, coś grzecznie próbuje tłumaczyć, ale mama wie swoje i jej zdanie zostaje na wierzchu. Mąż Oli nic nie mówi, bo też jest grzeczny. Zosia stoi więc na straży słusznych reguł, których jej mama nie przestrzega. Babcia zajmuje w tej rodzinie miejsce mamy, Oli przypada rola niesubordynowanej siostry Zosi, chociaż jest grzeczna.

Ola martwi się, że ingerencje babci psują jej relację z córką. I słusznie. Ale czy grzeczność Oli wobec mamy nie psuje ich równie mocno?

Jeśli dorosły człowiek jest „grzeczny” wobec rodziców i nie potrafi im się przeciwstawić niezależnie od tego, co robią, wcale nie świadczy to o jego kulturze, tylko o tym, że nie jest dorosły.