Ciągle coś kwitło i pachniało

123RF.com

Dzikie pszczoły są bezcenne. Gdyby zginęły, pomarlibyśmy z głodu, technologie by nie pomogły – mówi Ewa Sieniarska ze Społecznego Instytutu Ekologicznego.
Dzwoni i przekłada nasze spotkanie, bo właśnie dostała z Krakowa 50 gniazd dzikich pszczół (pszczoły zapylają drzewa, rośliny) i przed wiosną trzeba je rozwieźć do rolników ekologicznych. Koniecznie teraz, póki jeszcze nie rozbudziły się po zimie (jest początek marca).

reklama

– Te pszczoły są bezcenne – tłumaczy Ewa Sieniarska. – Gdyby jako gatunek zginęły, pomarlibyśmy z głodu, technologie by nie pomogły. Są tysiąckrotnie wydajniejsze od pszczół miodnych.

Tak samo bezcenna jest polska krowa czerwona, która po wojnie została zastąpiona krową holenderską, bo ktoś stwierdził, że daje za mało mleka. Rzeczywiście daje trochę mniej, za to dużo lepsze, tłuste i o większej zawartości białka; żyje dłużej od holenderki i prawie nie choruje.

Ewa przywraca bioróżnorodność polskiej wsi przekonana, że od tego zależy nasze zdrowie, a nawet życie. Dziesięć lat temu siedziały z przyjaciółką Elą Priwieziencew w ogródku pod dębem i rozmawiały o tym, że rolnictwo ekologiczne nie ma zaplecza, bo zniknęły z naszych pól lokalne odmiany owoców i warzyw, wyrugowano rodzime rasy hodowlanych zwierząt, które są najlepiej przystosowane do naszego klimatu. Pod tym dębem wymyśliły, że będą przywracać utraconą różnorodność.

Stworzyły „Kurpiowski model różnorodności biologicznej w rolnictwie”. Zdobyły pieniądze i ruszyły w teren. Posadziły 20 tysięcy starych odmian drzew owocowych, głównie jabłoni: koszteli, papierówek, antonówek, kronselek, renet, glogierówek i innych (przed wojną było u nas 200 odmian jabłoni, dzisiaj jest 20). Sady przydomowe pełne jabłoni, grusz, śliw i wiśni, pełne trzmieli, pszczół i ptaków jeszcze do niedawna stanowiły koloryt polskiego krajobrazu. Stare odmiany drzew są odporniejsze na choroby, nie muszą być opryskiwane środkami chemicznymi.

Kupiły w banku genów mikrobulwy kilkunastu odmian ziemniaków. W instytutach naukowych – polską krowę czerwoną, świnię puławską i złotnicką białą, owce olkuskie i wrzosówki, kurę zielononóżkę i żółtonóżkę kuropatwianą, gęsi biłgorajskie i pomorskie, koniki polskie i hucuły. Rolnicy ekologiczni dostają je i hodują. Taka na przykład kura zielononóżka to cud natury. Kocha wolność. Zamknięta w klatce traci pióra i zdycha, dlatego została wyeliminowana – nie nadawała się do chowu fermowego. Żyje pięć lat (kura przemysłowa tylko rok) i znosi smaczne jajka o dużych żółtkach, które nie uczulają alergików.

Ostatnio zbadały 50 przyklasztornych ogrodów i znalazły w nich unikatowe drzewa: u wizytek w Warszawie 100-letnią morelę, która rodzi przepyszne owoce. W Częstochowie stary krzak agrestu, odporny na wszelkie choroby. Stare odmiany śliw i gigantyczne orzechy włoskie w Jarosławiu. Teraz trzeba te odmiany wprowadzić do innych ogrodów.

Dlaczego to wszystko ważne? – Bo do życia potrzebujemy zdrowego jedzenia – tłumaczy Ewa. – Tego, które rośnie wokół nas. Sprowadzamy z zagranicy dziwadła, egzotyczne owoce i warzywa, które nam nie służą. Na wsi dzieci piją słodzone napoje ze sklepu, a owoce gniją w sadzie. Żywność przemysłowa, modyfikowana genetycznie, piętrowe fabryki produkcji mięsa – przecież to wszystko nas truje. Już jesteśmy od tego chorzy, cierpimy na alergie, a co będzie za 20, 30 lat?

Ewa wychowała się w Milanówku, blisko przyrody. Ciągle coś kwitło i pachniało. Gdy wyjeżdżała z domu na studia (biologiczne), żegnała się ze swoimi drzewami – sosnami, brzozami, klonami i lipami – i płakała. Jako dziecko wspinała się na drzewa, przytulała się do nich i rozmawiała z nimi, słuchała ptaków i owadów w konarach, smakowała młode listki i pączki. Czuła się zanurzona w tym dzikim życiu.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »