Karp tylko z lodu!

Bez niego Boże Narodzenie właściwie się nie liczy. Karp musi być. W galarecie, smażony, jak kto lubi. Jeszcze niedawno nie bardzo zastanawialiśmy się nad jego losem. Nad tym, co się z nim dzieje, zanim trafi na świąteczny stół.
A dzieje się, a na pewno działo, niewesoło. Oszczędzimy drastycznych szczegółów – zresztą wszyscy je mniej więcej znają. A jeśli znają, to w dużej mierze dzięki Jackowi Bożkowi i jego Klubowi Gaja. Już 13 lat temu zaczął on akcję „Jeszcze żywy karp” i nie odpuszcza do dziś. Co roku hasła jego kampanii, spoty radiowe, happeningi, listy, petycje uświadamiają nam, że ryba to też zwierzę. Czujące i cierpiące. A nasze święta, święta miłości, nie powinny być przecież okupione cierpieniem.

reklama

Na początku ludzie podchodzili do tego z trochę lekceważącym uśmieszkiem. Z czasem te uśmiechy zaczęły blednąć. Zwłaszcza że Klub Gaja sporo wywalczył. Na przykład w 2009 roku doprowadzili do zmiany Ustawy o ochronie zwierząt. Jej zapisem zostały objęte również ryby. Oznacza to, że na przykład powiatowi lekarze weterynarii muszą interweniować, gdy ryby traktowane są w sposób niehumanitarny.

W walkę o karpia zaangażowali się też artyści. Olga Tokarczuk napisała poruszające opowiadanie „Gość”, ambasadorami akcji zostali między innymi aktorzy Magdalena Różczka, Magdalena Popławska, Julia Pietrucha i Bartłomiej Topa. Prokurator generalny Andrzej Seremet też w jakimś sensie pod postulatami Gai się podpisał – wysłał do wszystkich krajowych prokuratur instrukcję, jak działać w zgodzie z duchem ustawy o ochronie zwierząt. I choć niektóre pomysły mogą szokować (na przykład przedstawienie drogi karpia na nasz stół jako drogi krzyżowej), jesteśmy coraz bardziej na los karpi wrażliwy. I my przyłączamy się do apelu Klubu Gaja: nie kupujmy żywych ryb. Nie pakujmy ich do plastikowych toreb. Nie przysparzajmy im cierpienia.