Trzeba siać ziarno

Jagoda Sondej / Żeby się w danym miejscu zakorzenić, trzeba jeść chleb ze zboża, które tu wyrosło - mówi Peter Stratenwerth

Ona z Warszawy, on z Bazylei. Swoje wspólne miejsce do życia odnaleźli w Grzybowie – małej wsi na rubieżach Płockiego. Swojsko tu, sielsko i ekologicznie – mówią Ewa i Peter Stratenwerth.

reklama

-Gdzie się poznaliście?

-Ewa Stratenwerth: W Ośrodku Kultury „Ochota” w Warszawie, na jednym z kiermaszów, jakie organizowałam w ramach Klubu Zdrowego Żywienia – Peter sprzedawał tam ekologiczne truskawki i chleb.

-Peter Stratenwerth:  Sprzedawałem rozmaite ekologiczne produkty lokalnych rolników, także ziarno i sery.

-Zaiskrzyło między wami?

-P.S.: A jakże, od razu! Umówiliśmy się wtedy, że Ewa przyjedzie do Grzybowa po truskawki.

-I przyjechała?

-P.S.: Tak, ale nie sama, lecz z autokarami pełnymi młodych ludzi (śmiech). Chciała, by zobaczyli, jak się robi sery i piecze chleb. Tak zaczęła się nasza współpraca. Dopiero po trzech latach przyjechała sama i została tu już na stałe.

-Skąd pomysł, by utworzyć gospodarstwo ekologiczne?

-P.S.:  Już jako młody chłopak fascynowałem się rolnictwem ekologicznym. Kiedy skończyłem 19 lat, wyjechałem z miasta i zacząłem praktykować w szwajcarskich gospodarstwach biodynamicznych, stosujących najstarsze metody ekologiczne. Wcześniej byłem związany z ruchem ekologicznym, ale zrozumiałem, że wolę robić coś konkretnego, np. przywracać żyzność na na małym kawałku ziemi, niż protestować czy organizować widowiskowe akcje, choć to też potrzebne.

-Pochodzi pan z inteligenckiej rodziny z tradycjami prawniczymi, a tu ziemia, wieś, ekologia…

-P.S.: Chodziło o to, by wreszcie przerwać tę prawniczą tradycję (śmiech). Nawet na maturę nie poszedłem, odcinałem się od szkoły, nie chciałem do niej chodzić. Natomiast z zapałem uczestniczyłem w różnych warsztatach, kursach, na temat rolnictwa ekologicznego. Mieliśmy taki dobrobyt w  Szwajcarii (śmiech). A mnie bogactwo nie interesowało, szukałem naturalnych warunków do życia.

-I znalazł je pan w małej polskiej wsi? Jak pan tu trafił?

-P.S.: Kiedy ukończyłem kurs czeladnictwa i zdobyłem zawód rolnika, mój ojciec tak się ucieszył, że w ogóle zdobyłem jakieś wykształcenie, że w nagrodę zaproponował mi podróż dokąd tylko zechcę. Myślał, że wybiorę Włochy, Francję czy Ibizę, a ja wybrałem Polskę. Był rok 1986. Chciałem pojechać do Kobierzyc, gdzie w 1924 roku Rudolf Steiner wygłosił słynne wykłady na temat rolnictwa biodynamicznego. Polska była dla mnie wówczas światem za żelazną kurtyną, który znałem jedynie z literatury i opowieści – ze wsiami, gdzie siano i snopki zwoziło się z pola furmankami, z rolnictwem bez mechanizacji i ton chemii, z ludźmi, którzy żyją w harmonii z przyrodą. To mnie fascynowało. Na Zachodzie takiego rolnictwa już dawno nie było. Tak pierwszy raz trafiłem do Polski. Zaraz po powrocie zacząłem się uczyć języka polskiego. Potem poznałem polskich rolników, którzy pomogli mi znaleźć ten dom w Grzybowie i ok. 5 ha ziemi. I tak w 1988 roku tu osiadłem. Krowę pożyczyłem od sąsiada, bo nie miał jej czym karmić, potem ktoś sprezentował mi parę kóz i z mleka robiłem żółte sery.

-Co na to rodzina?

-P.S.: Ojciec był przerażony i chyba do dzisiaj nie zrozumiał mojej decyzji. A mama i rodzeństwo mnie popierali. Odwiedzają nas tu. Teraz właśnie gości u nas moja mama.

 

-A pani, warszawianka, absolwentka antropologii na UW? Czy decyzja o przeprowadzce na wieś z wielkiego miasta była bardzo trudna?

-E.S.: Łatwa nie była. Miałam już wtedy cztery córki z pierwszego nieudanego związku i razem z nimi planowałam żyć w zupełnie innym i nieznanym mi środowisku. Wprawdzie ciągnęło mnie na wieś, myślałam nawet, by kiedyś pomieszkać to może nawet cały rok… Ale tak naprawdę, gdyby w moim życiu nie pojawił się Peter, to pewnie nigdy bym się na to nie zdecydowała. Kiedy rozmawialiśmy, gdzie razem zamieszkać, Peter mówił, że w Warszawie to on może być tylko taksówkarzem. A ja widziałam, jak przez tych kilka lat zdążył mocno wrosnąć w tę grzybowską ziemię jako rolnik.

-No ale pani rolniczką nie była…

-E.S.: Mój tata mówił, że ze mnie taka rolniczka, jak z koziej dupki trąbka (śmiech).

-P.S.: Rodzice Ewy byli  przerażeni. Na wsi nie było telefonu, bieżącej wody, wszystkiego, do czego żona zdążyła się przyzwyczaić. Od razu wiedziałem, że nie będzie pracować w polu, co najwyżej czasami zamiecie podwórze (śmiech). Z pomocą innych założyła Stowarzyszenie Kulturalno-Ekologicznego „Ziarno”, postarała sie o telefon… i zaczęła organizować spotkania.

-E.S.: Na początku dojeżdżałam do Warszawy do ośrodka „Ochota”, ale kiedy zaszłam w ciążę z naszą Anią, trzeba było stworzyć coś na miejscu. Wypracowaliśmy z Peterem taki model: on zajmuje się gospodarstwem, przetwórstwem i wypiekiem chleba, ja stowarzyszeniem i edukacją ekologiczną.

-Pięknie się uzupełniacie.

-E.S.: Myślę, że to stanowi naszą wartość.

-P.S.: Postawiliśmy na różnorodność działań. Nasze gospodarstwo jest jak stół z kilkoma nogami – jedna słabsza, inne mocniejsze, i stół się nie przewraca.

-Czym zasłużyło sobie na miano „ekologicznego”?

-E.S.: Pierwszym skojarzeniem dla laika jest to, że uprawiamy, hodujemy, przetwarzamy bez żadnej chemii – i to jest prawda, stosujemy wyłącznie naturalne metody. Obserwujemy, podpatrujemy przyrodę, bo od niej jesteśmy zależni o wiele bardziej niż rolnicy, którzy wylewają na pola litry chemicznych oprysków.

-P.S.: Nasze gospodarstwo to 4 krowy, 2 jałówki, 2 cielaki, 2 konie, stado 50 kóz i 20 ha ziemi, głównie łąk, pastwisk i zbóż. Uprawiamy też rośliny strączkowe: wykę, lucernę, seradelę, fasolę… – one nie dają dochodów, ale wspaniale użyźniają glebę.  Na korzeniach mają takie brodawki, a w nich bakterie brodawkowe, które potrafią wiązać azot z powietrza – są taką małą fabryką nawozów azotowych, które rolnicy ekologiczni wykorzystują zamiast sztucznych. To jeden z najpiękniejszych przykładów symbiozy w przyrodzie. Ale co z tego, skoro uprawa roślin motylkowych w Polsce zmniejszyła się w ostatnich 5–6 latach aż o 150 tys. hektarów. Zastąpiła je zabójcza dla gleby kukurydza, która wyżera, a nie użyźnia glebę. Inny przykład: soja, którą świat się obecnie wręcz tuczy. Do Polski sprowadza się rocznie 4 mln ton soi genetycznie modyfikowanej, głównie z Argentyny. Pod jej uprawę wycina się lasy tropikalne. W ciągu 5 lat wyrąbano puszczę, która ma obszar całej Polski. To największy grzech, jaki człowiek czyni planecie – niszczy płuca świata, zakłóca równowagę w biosferze. To jest chore. Przecież łubin ma tę samą co soja wartość, a środowisko na jego uprawie korzysta.

-E.S.: Wyjaławianie gleby przez rolnictwo przemysłowe to jeden z większych globalnych problemów. Kiedyś pewien naukowiec porównał jakość gleby u nas i u sąsiada. Stwierdził, że dzięki rolnictwu ekologicznemu na naszym polu zdecydowanie przyrosła warstwa próchnicy. To pokazuje, że nasza praca ma wymiar praktyczny, co nas bardzo motywuje.

 

-W gospodarstwie pachnie ekologicznym chlebem.

-P.S.: To z naszej biopiekarni. Uważam, że aby się w danym miejscu zakorzenić, trzeba jeść chleb ze zboża, które tu wyrosło. „Hruby”, po staropolsku znaczy „gruboziarnisty”, jest jak za dawnych czasów ręcznie formowany i wypiekany w piecu z cegły szamotowej, opalanym drewnem. Mąkę mieli się w kamiennych żarnach tuż przed wypiekiem. Zboże pochodzi wyłącznie z upraw ekologicznych. Do ciasta chlebowego nie dodajemy żadnych ulepszaczy ani konserwantów. Tygodniowo wyjmujemy z pieca ponad tysiąc bochenków pełnoziarnistego chleba razowego, który trafia do sklepów sieci Ekoland. Taki chleb to podstawa zdrowego żywienia.

-W Polsce jest pani prekursorką szkół ludowych. Skąd przyszła inspiracja?

-E.S.: Jak się tu sprowadziłam, zastanawiałam się, co pożytecznego mogłabym robić na wsi, oprócz tego, że czasem zamiotę to podwórze (śmiech). Wtedy odwiedziłam Danię i zafascynowała mnie idea uniwersytetów ludowych. Stamtąd więc zaczerpnęłam pomysł i jestem szczęśliwa, bo mogłam urzeczywistnić swoją edukacyjną pasję. Dla dzieci, młodzieży, ale i dorosłych organizujemy różne warsztaty, wyjazdy, stwarzamy szansę kształcenia, pokazujemy, jak ważne jest odkrywanie w sobie pasji. Nasza praca jest takim sianiem ziarna – jedne padną na żyzną glebę i coś z nich wyrośnie, inne wydziobią ptaki. Stale też praktykują u nas młodzi ludzie, wolontariusze z różnych środowisk i krajów, różnych ras i wyznań. Przyjeżdżają ze swoimi zainteresowaniami, wizjami, chcą odkryć sens życia albo po prostu nauczyć się ekologii w praktyce. Byli nawet Wietnamczycy, Afrykańczycy, Hindusi… Znajdują nas na stronie www.wwoof.org. Teraz praktykuje Hannah z Kalifornii – urocza 21-letnia dziewczyna. Jej mama jest wybitnym profesorem literatury angielskiej, tata architektem, a ona studiuje rusycystykę. Nasze gospodarstwo w małym Grzybowie staje się przez to miejscem globalnym.

-Czy nadal uważacie, że 20 lat temu podjęliście dobrą decyzję? 

-E.S.: Zdecydowanie tak. Pamiętam, że już jako mała dziewczynka wolałam chodzić po ziemi niż po betonie, bardzo lubiłam bezpośredni kontakt z naturą. Uwielbiałam oglądać wschody i zachody słońca, a w mieście bardzo rzadko można było je podziwiać. Tu cieszę się nimi codziennie. Latem pachnie siano, a wiosną kwitnące łąki. W nocy gwiazdy mam nad głową. Jest przestrzeń, której brakuje w mieście. Na wsi lżej się oddycha, tu bardziej czuję, że żyję. Nawet jak czasami mam gorsze dni, to wystarczy pójść na pole, popatrzeć na ten piękny krajobraz, posłuchać śpiewu ptaków i od razu powraca mi chęć do życia.

-P.S.: Ja też czuję się tu szczęśliwy. Lubię te kolory, zmiany pór roku… Ale równie ważne jest dla mnie to, że tu mam dzieło, nad którym pracuję. Takie gospodarstwo to żywa rzeźba zawieszona między rzeczywistością a tym, co chciałbym stworzyć. Codziennie  się z nią mierzę i – jak matka, która wychowuje swoje dziecko – czasem jest dobrze, innym razem gorzej, stale towarzyszy mi zmartwienie, niepokój, ale też radość i nadzieja, że będzie coraz piękniejsza. Gospodarstwo wymaga pielęgnacji przez okrągły rok, jedne prace się kończą, inne zaczynają. Ale ja to właśnie lubię. Nie wyobrażam sobie pracy, którą wykonuję tylko po to, by zarobić.

-E.S.: Oboje mamy coś takiego – nie umiemy pracować jedynie dla pieniędzy. Robimy to, co nas pasjonuje, to, co czujemy, że ma sens. I dlatego, jak w rosyjskiej pieśni: „Prosto my na kryliach nosim to, szto nosiat na spinach”, czyli: „Po prostu my nosimy na skrzydłach to, co inni dźwigają na plecach”.

-Jakie macie marzenia?

-E.S.: Marzy mi się większy ład, lepszy rytm… Stworzenie czegoś, co by nas przetrwało i dobrze służyło następnym pokoleniom. To chyba moje największe pragnienie.

-P.S.: Chcielibyśmy mieć więcej czasu dla siebie, dla dzieci, na czytanie książek, na to, by częściej móc wyjść poza nasz ogródek i spojrzeć gdzieś dalej.