Felieton Hanny Samson: Jacyś musimy być

fot.123rf

Gdyby wszyscy rodzice byli idealni, czym byśmy się różnili od siebie nawzajem? Z czym byśmy się mierzyli? Co by nas napędzało do rozwoju? Niedoskonałość rodziców kształtuje nasze indywidualne rysy i zwykle daje siłę, by je zmieniać.
Kiedy moja córka była mała, często towarzyszył mi niepokój, czy jestem dobrą matką. Chciałam być matką idealną, zaspokajać wszystkie jej potrzeby, okazywać uczucia, pozwalać jej przeżywać wszelkie emocje, stawiać sensowne granice, ale nie ograniczać rozwoju, dawać jej poczucie bezpieczeństwa, ale i wolność, no wiecie, te wszystkie rzeczy, które chce dać dziecku matka. Ale skąd ma brać pewność, że dobrze to robi? I jak ma się zachować w kompletnie nieoczekiwanej sytuacji, kiedy dziecko się jej wyrywa, kładzie na ziemi i wrzeszczy, że nie chce iść, a ludzie gromadzą się wokół i komentują? O swoich rozterkach opowiedziałam kiedyś znajomemu terapeucie, a on na to:

reklama

– A czemu chcesz być idealną matką?

– No jak to? To chyba oczywiste. Chcę, żeby moje dziecko było szczęśliwe, żeby rozwijało swój potencjał, żeby…

– No co ty? Przecież jakieś to dziecko musi być.

Zabrzmiało dość enigmatycznie, więc zaczęłam myśleć. Moje dzieciństwo nie było idealne, ale pobudziło mnie do poszukiwań. Bez niego kim bym była? Na pewno kimś innym, niż jestem. Poczułam wdzięczność do mojej mamy, że dzięki niej umiem się buntować. Liczyć na siebie, iść pod prąd. Skąd miałabym tyle siły, gdyby nie trudy dzieciństwa? Gdyby moja mama była idealna, być może byłabym szczęśliwsza, ale z pewnością nie byłabym sobą.

W każdej grupie, z którą pracuję, przychodzi czas rozliczeń z rodzicami. Wszyscy mają na swoim koncie jakieś winy. I nie mówię tu o rodzicach, którzy naprawdę krzywdzili swoje dzieci. Chodzi o tych normalnych, którzy popełniali błędy, zajmowali się nie tym, co trzeba, nie okazywali uczuć, stawiali za wysoko poprzeczkę i wciąż krytykowali albo za mało dostrzegali swoje dziecko i jego uczucia.

Olga od lat nie może podjąć decyzji o rozstaniu z mężem, z którym więcej ją dzieli, niż łączy.

– Wszystko przez moją matkę. Gdyby bardziej we mnie wierzyła, byłabym odważniejsza. A ona ciągle mi mówiła, że sobie nie poradzę i przez to boję się samodzielności – stwierdza.

– Ile twoja mama miała lat, kiedy cię urodziła? – pytam.

– 21 – odpowiada Olga.

– A ile ty masz lat?

– 39.

– Czy mając tyle lat, mogła być mądrzejsza niż ty teraz? A ty dalej stosujesz w życiu to, czego cię nauczyła, i zwalasz na nią.

– Bo to przez nią!

– Przez nią to było dawno temu. A od lat jesteś dorosła i możesz jej przekonania weryfikować, a nie uznawać za swoje.

Jasne, że nie jest to proste. Ale zwalanie winy na rodziców służy tylko temu, byśmy nie brali odpowiedzialności za własne życie. A dopiero kiedy ją weźmiemy, stajemy się dorośli i dzieją się cuda.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »