Felieton Hanny Samson: Jest dobrze! Ale…

123rf.com

A co będzie, jak stracę pracę? Albo jak się rozpadnie nasz związek? Jak zachoruję? Powody do niepokoju potrafimy generować bez końca. A jeśli teraz wszystko jest dobrze? Nic nie szkodzi, i tak mamy się czym martwić!

reklama

Joanna ma 38 lat, dwoje dzieci, pracę, która jest źródłem satysfakcji, i kochającego męża. Ma jeszcze cudownych rodziców i niepełnosprawnego brata, o którego rodzice bardzo się troszczą. Joanna kocha brata, ale dobrze wie, ile opieka nad nim wymaga poświęceń. „A co będzie, jak rodzice umrą?”. To pytanie codziennie przeszywa ją dreszczem. No bo czy będzie w stanie zaopiekować się bratem i dwójką dzieci? Kocha brata, ale nie chce się tak poświęcać jak rodzice. Jednak będzie musiała, bo przecież nie odda go do jakiegoś zakładu. I co na to jej mąż? Czy jej małżeństwo to wytrzyma? Wielu mężczyzn odchodzi, gdy rodzi się niepełnosprawne dziecko. Niepełnosprawny brat to chyba jeszcze gorzej? Joanna patrzy na męża podejrzliwie. Czy on naprawdę ją opuści wtedy, kiedy będzie jej najbardziej potrzebny? To może on jej wcale nie kocha, skoro jest z nią tylko, kiedy jest dobrze?

– A więc jest dobrze? – próbuję ją zatrzymać na tym stwierdzeniu.

– No nie jest, bo ciągle się martwię, jak to będzie.

Na razie rodzice Joanny są zdrowi, mają niewiele ponad sześćdziesiątkę i dużo energii. Chętnie zajmują się wnukami, pomagają Joannie w różnych sprawach.

– A co będzie, jak ty umrzesz pierwsza? – pytam.

– Co ty mówisz?! – obrusza się Joanna.

– A nie może tak być?

– Może – przyznaje Joanna.

– No właśnie. Nie znamy przyszłości, więc jeśli chcesz się nią zamartwiać, weź pod uwagę różne warianty. Chyba powinnaś się pomartwić wszystkimi.

– Naprawdę? – pyta z niedowierzaniem. – Naprawdę mam się martwić wszystkim? Przecież tak się nie da żyć!

– Masz też inną możliwość. Możesz w końcu zobaczyć, że teraz jest dobrze.

Nie znamy przyszłości, ale ona i tak wpływa na nasze życie. Jeśli jest w nas dużo niepokoju, martwienia się, lęku – to zwykle oznacza, że nadmiernie zajmujemy się przyszłością. A za mało jesteśmy w tu i teraz. Przyszłość potrafi trzymać nas w pułapce lęków albo odwodzić od podejmowania decyzji. Może zatruwać dobrą teraźniejszość albo nie pozwalać zmienić sytuacji, która nie jest zbyt dobra.

Magda ma 31 lat i od długiego czasu żyje w ciągłym stresie z powodu pracy. Jest profesjonalistką, ma spore osiągnięcia, lubi to, co robi, pracuje w niewielkiej rodzinnej firmie, ale jej praca to koszmar. Z powodu szefa i właściciela firmy w jednym, który traktuje ją jak własną córkę, czyli… okropnie. Odnosi się do niej protekcjonalnie, udzielając dobrych rad w ojcowskim stylu. – Magdusiu, powinnaś się częściej uśmiechać, bo żaden chłopak cię nie zechce – mówi na przykład na zebraniu, wszyscy śmieją się z dobrotliwego żartu szefa, tylko Magdzie nie do śmiechu.

Jako osoba bez rodziny, Magda jest często wysyłana w delegacje, bo inni mają dokąd wracać, a ona co? Do pustego mieszkania? – To równie dobrze możesz wracać do hotelu – stwierdza szef i daje jej kolejne zadanie w terenie. Magda próbuje protestować, ale on nie traktuje jej sprzeciwu poważnie. – Ciesz się, że cię wysyłam, bo może w końcu kogoś poznasz – zespół śmieje się, a Magda ma dosyć. Ma dosyć od kilku lat, wciąż myśli o zmianie pracy, ale nie robi żadnych ruchów w tym kierunku.

– Bo co będzie, jak następny szef okaże się jeszcze gorszy?

– A może następny szef czy szefowa będzie w porządku? – wrzucam nieśmiało pod rozwagę.

– A możesz mi to zagwarantować?

– Nie mogę – odpowiadam. – Ale jeśli nie zmienisz pracy, nigdy tego nie sprawdzisz.

– A co, jeśli będzie gorzej?

– To zmienisz jeszcze raz. Masz tyle siły, żeby trwać latami w kiepskiej sytuacji, że z pewnością ci jej wystarczy na zmagania z życiem.

Trwanie w złej sytuacji bywa bardziej destrukcyjne niż konfrontacja z trudnościami. I czy nie lepiej stawić czoło rzeczywistej sytuacji, niż poddawać się wyobrażeniom?

Przyszłość może też wpływać na teraźniejszość pod postacią pragnień, które nie pozwalają nam docenić tego, co jest. Bo dobrze to dopiero będzie, kiedy zrobię doktorat, kiedy kupimy mieszkanie, wydam książkę. Wtedy zacznę żyć. A na razie to stan tymczasowy, którym trudno się cieszyć, bo nie jest tym, o co chodzi. I tak latami żyjemy w służbie marzeń, jakby teraźniejszość nie była ważna. A przecież tylko ona istnieje.

Jasne, że dobrze stawiać sobie dalekosiężne cele, ale nie warto, aby to one decydowały o jakości naszego życia – i to zanim je osiągniemy. Te cele zwykle mają nas zbliżać do szczęścia, a tak naprawdę nas od niego oddalają. Coraz wyżej podnosimy sobie poprzeczkę, nie dostrzegając tego, że jest dobrze.

Niedawno wielką karierę zrobiło duńskie słowo „hygge”, które oznacza sztukę cieszenia się teraźniejszością. A jeszcze bardziej sztukę takiego kreowania rzeczywistości, aby można było delektować się chwilą. Tworzenie ciepłej atmosfery, bycie razem, doświadczanie komfortu. Siedzę wygodnie i piję dobrą herbatę. Wokół mnie są życzliwi ludzie. Świadomie odłączam się od polityki i innych zmartwień. Nie porównuję się z innymi, nie rywalizuję, po prostu jestem. Pisze o tym Meik Wiking w książce „Hygge. Klucz do szczęścia”, która stała się bestsellerem. Wystarczą ponoć dwie godziny dziennie przeżyte świadomie w przyjaznym „tu i teraz”, abyśmy docenili nasze życie.

Jeśli często czujemy smutek, rozgoryczenie, poczucie winy – to znak, że żyjemy przeszłością. Od niej też warto się oderwać – choćby na dwie godziny dziennie. Dwie godziny na realne życie w tym, co jest, a nie w tym, co będzie lub było, to niezbyt trudne zadanie, prawda? I w dodatku może być przyjemne. Bo takie często bywa nasze życie, jeśli w końcu zwrócimy na nie uwagę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »