Hanna Samson: Bo we mnie jest moc!

sila glosu
123rf.com

Przez wieki nam wmawiano, że mężczyzna jest silny, a kobieta słaba. Nic dziwnego, że nie doceniamy swojej siły. A ona w nas jest!
Wyszłam na trasę warszawskiego maratonu, żeby kibicować biegaczom. Mój przyjaciel, również maratończyk, który tym razem biegł na krótszy dystans i miał go już za sobą, wiedział, co może być potrzebne zawodnikom. Przyniósł kubki jednorazowe i wodę. „Woda, woda!” – krzyczał, żeby biegacze widzieli nas z daleka i mogli podjąć decyzję, czy podbiegają do nas, czy biegną dalej. Nie wszyscy chcieli się napić. Część miała własne napoje, część w ogóle nie reagowała, zamknięta w swoim zmęczeniu, ale co któryś przyjmował naszą wodę z wdzięcznością. Kubki zaczęły się kończyć, przyjaciel ruszył na poszukiwanie nowych, zostałam na stanowisku sama. Teraz ja miałam krzyczeć: „woda, woda!”, ale jak tu tak nagle zacząć krzyczeć? Spróbowałam. „Woda, woda!” – pisnęłam. Niestety, nikt nie usłyszał, biegacze biegli dalej, a ja stałam z tą wodą bez sensu. Dlaczego krzyczałam tak cicho? To chyba jasne. Czułam się zażenowana. Ja, kobieta, nagle mam krzyczeć na ulicy? Wstydziłam się. Bałam się, że się ośmieszę. A jak nie będą chcieli tej wody, to co? Wyjdę na idiotkę. Ale wiedziałam już, że część z nich chce. Po krótkiej walce wewnętrznej spróbowałam przełamać lęk przed ośmieszeniem, wstyd przed ujawnieniem swego głosu w przestrzeni publicznej, zażenowanie, że oto ja, kobieta, zwracam na siebie uwagę, i tak dalej. „Dam radę!” – pomyślałam i krzyknęłam głośno: „woda, woda!”. Jakiś biegacz natychmiast podbiegł, wziął ode mnie kubek i jeszcze miał dość sił, by podziękować.

reklama

To dodało mi skrzydeł. „Woda, woda!” – wrzasnęłam jeszcze głośniej, kilka osób przebiegło, nie zwracając na mnie uwagi, aż ktoś znów podbiegł po kubek. W końcu przyjaciel wrócił, nasza akcja przyciągnęła więcej osób, punkt regeneracyjny się rozrastał, dzieci nalewały wodę, dorośli wrzeszczeli: „woda, woda!”, ja darłam się wraz z nimi już bez poczucia obciachu, raczej z poczuciem misji. Wstyd? Zażenowanie? Nie było już tamtych uczuć, które na początku zaciskały mi gardło. Teraz czułam ból gardła od krzyku, w którym rozsmakowywałam się coraz bardziej.

W następny weekend wybrałam się na warsztaty WenDo prowadzone przez Joannę Piotrowską z „Feminoteki”. O WenDo słyszałam od dawna i mam nadzieję, że wy też. To warsztaty samoobrony stworzone przez kobiety dla kobiet. Nie jest to sztuka walki, lecz sztuka wychodzenia cało z nieprzyjemnych lub groźnych sytuacji. Na początku miałyśmy wypisać, czego się boimy. I okazało się, że wszystkie boimy się ośmieszenia Jasne, że jeszcze wielu innych rzeczy, ale to ośmieszenie wszystkim nam przyszło do głowy. Wspólnych lęków mamy zresztą więcej. Boimy się na przykład, że w sytuacji, kiedy trzeba krzyczeć, głos odmówi nam posłuszeństwa. Tak jak w koszmarnym śnie, gdy dzieje się coś strasznego, chcemy krzyczeć i… nic. Nie mamy władzy nad własnym głosem.

I zaraz potem przyszła pora, żeby przełamać deseczkę. Mam nadzieję, że słyszałyście o deseczce? Wiedziałam, że można ją rozwalić – aż do chwili, gdy ją zobaczyłam. Jest co prawda z drewna sosnowego, które nie jest bardzo twarde, ale drewno to drewno i spróbuj się z nim zmierzyć! Deseczka ma 20 na 20 centymetrów i 2 centymetry grubości. Byłam pewna, że nie dam rady jej przełamać gołą ręką. Wyobraziłam sobie ból uderzenia i trzask pękającej kości, a nie deski. Dziewczyny podchodziły po kolei i rozwalały deseczkę jednym ciosem. Chude, drobne i dawały radę. To, że one potrafią, nie zwiększyło mojej wiary w siebie. Byłam pewna, że mnie się nie uda. W końcu walnęłam, pękła z trzaskiem. A więc mam taką siłę? Tyle lat żyję i nie miałam o tym pojęcia!