Hanna Samson: relacja intymna

123rf

Wielu ludzi unika samotności, jakby była potworem o żółtych ślepiach, które działają jak sygnał ostrzegawczy: „Uwaga! Coś jest z tobą nie tak!”. I właściwie co robić, kiedy wokół nie ma nikogo? Skorzystać z okazji!
Na początku większość luksusów i tak zwanych wygód życiowych jest nie tylko zbędna, lecz stanowi niewątpliwie przeszkodę w rozwoju duchowym ludzkości” – pisał Henry David Thoreau w swojej słynnej książce „Walden, czyli życie w lesie” wydanej w 1854 roku. Thoreau spędził ponad dwa lata, mieszkając samotnie nad stawem Walden w stanie Massachusetts. Ta książka to zbiór esejów, będących zapisem tego doświadczenia i jednocześnie ważną lekcją filozofii, którą ostatnio w mikroskali odrobiłam.

reklama

Lato spędziłam w wiejskim domu, z dala od ludzi, bowiem dom stoi na uboczu i zdarzają się dni, w których można nie spotkać człowieka, nawet jeśli się pójdzie na spacer. Jasne, że czasem ktoś do mnie przyjeżdżał, ale na krótko, na ogół byłam sama, to znaczy z psami. Miałam zamiar pracować nad książką, dzięki czemu nie czułam się jak dziwadło, które zamiast jechać tam, gdzie wszyscy, wybiera się w przeciwnym kierunku. I o czym będę opowiadać po powrocie, skoro nic się wokół nie dzieje, żadnych obiektów do zwiedzania ani przygód? Właśnie o tym chcę opowiedzieć. O tym, co przeżyłam, nawiązując bliską relację ze sobą, na którą w mieście nie ma czasu ani miejsca, bo trzeba działać szybko, żeby zdążyć, a nie przyglądać się drzewom i własnym odczuciom. Okazało się, że mam niewiele potrzeb. Cały rok się uwijam, żeby je wszystkie zaspokoić, a tu proszę: niektóre z nich w ogóle nie istnieją i niepotrzebnie tyle lat je karmię. I te wszystkie luksusy i wygody życiowe, o których pisał Thoreau i które na co dzień wydają się niezbędne, wcale takie nie są, za to z pewnością oddalają nas od siebie.

Zwykle piszę felietony o ludziach, którzy pracują nad sobą, by się rozwijać. Tym razem to ja sama popracowałam nad sobą, choć uczciwiej byłoby powiedzieć, że zrobiła to samotność i Natura. „Każdy ranek zachęcał mnie radośnie, abym żył równie prosto i powiedziałbym – niewinnie jak sama Natura.” – pisze Thoreau, a ja się do niego dołączam, bo wiem, o czym mówi. Ja, sowa, od lat przekonana, że życie zaczyna się wieczorem, na wsi chodziłam spać tuż po dwudziestej pierwszej, bo skoro zaszło słońce, to co ja jeszcze tu robię? Za to rano wstawałam przed szóstą, żeby nic nie uronić z poranka. Siadałam sobie przed domem z kubkiem kawy i patrzyłam na świat, który się budzi do życia. Ptaki, ptaki, ptaki, tysiące owadów, czasem sarny, czasem zające. I patrzyłam jak w telewizor, którego braku w ogóle nie odczuwałam. Nawet gazety z rzadka do mnie docierały, a jeśli je czytałam, to jak wiadomości z dalekiego świata, który ma ze mną niewiele wspólnego. Moja potrzeba, aby wiedzieć, kto i co powiedział, i co z tego wynikło, zniknęła na czas samotności, nawet rzadko zaglądałam do Internetu, bo miałam go jedynie w telefonie, co nie ułatwia. Za to chętnie pracowałam fizycznie, jadłam wtedy, kiedy byłam głodna, prawie w ogóle nie jeździłam do sklepu, bo czasem ktoś coś przywiózł i wystarczało. Moja potrzeba kupowania zanikła, podobnie jak potrzeba wyglądania, która w sumie została, ale w innej formie. To niby naturalne, że skoro nikt na mnie nie patrzy, to po co wyglądać? A jednak przeglądałam się w lustrze, więc nie było mi to obojętne. Większość czasu spędziłam w kostiumie, więc widziałam siebie niemal całą i patrzyłam na siebie z przyjemnością. Jak to możliwe, żeby kobieta w pewnym wieku akceptowała swoje ciało? Też się zdziwiłam, ale nie mogłam nic na to poradzić. Podobałam się sobie, jakbym zapomniała o obowiązujących standardach, które jasno określają, co mi się powinno podobać, a co nie. I czułam, jak jest mi dobrze z moim ciałem, gdy rąbałam gałęzie, chodziłam na spacery, smakowałam świat wszystkimi zmysłami. Odkryłam, że bardzo je kocham i akceptuję w całości, pomimo tych wszystkich defektów, które przez lata mu przypisywałam. Okazało się, że kilka koszulek i jedne spodnie, bluza z kapturem i japonki – to wszystko, czego trzeba kobiecie, żeby czuła się piękna i zadbana, i że wcale nie muszę się malować. Że lubię krzątać się po domu i dbać o to, żeby było czysto. Ponury obowiązek domowy, wykonywany zawsze w pośpiechu i z niechęcią, okazał się rodzajem medytacji, rytmicznym przerywnikiem dnia. I przypomniałam sobie, że lubię śpiewać. To znaczy kiedyś lubiłam, ale nie mam słuchu, więc nie miało to sensu, zwłaszcza że głos też mi zaczął odmawiać posłuszeństwa. Wystarczyło kilka dni, bym znów poczuła swój głos i odzyskała nad nim władzę, i bardzo to było przyjemne. Rzecz w tym, że byłam szczęśliwa i spokojna.

A w mieście? „Ciągły niepokój i napięcie u pewnych ludzi to forma prawie nieuleczalnej choroby. Stworzeni zostaliśmy po to, aby wyolbrzymiać doniosłość naszej pracy. Jaka wszelako jej ilość pozostaje nie wykonana! A co by się stało, gdyby złożyła nas choroba? Jakże jesteśmy czujni!” – to znów Thoreau. Pisze dalej, że zaprzeczamy, jakoby istniała możliwość odmiany naszego życia. „Mówimy, że to jedyny sposób, ale można znaleźć ich tyle, ile promieni rozchodzi się z jednego środka. Wszelaka zmiana jest godnym podziwu cudem i cud ten zdarza się co chwilę”. I ja tego cudu doświadczyłam, nawiązując ze sobą intymną relację, dzięki której czuję radość i wdzięczność, że towarzyszę sobie od lat, i czuję miłość do siebie i całego świata. A że brzmi to nieco górnolotnie? Do tego też natchnął mnie Thoreau, gdy postanowił: „Będę się przechwalał z takim zapałem jak kogut, który wskoczył rano na grzędę, aby niezwłocznie obudzić sąsiadów”. A ja, jak kura, która zniosła jajko, chcę głośno zagdakać, że czasem warto pobyć w samotności i odkryć siebie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »