Joanna Bator: Ludzka twarz samuraja

Joanna Bator: Ludzka twarz samuraja
123rf.com

Było z nimi jak z gejszami. Tylko ci z potężnych rodów wiedli wyrafinowane życie.
Nigdy nie zafascynowała mnie kultura japońskich wojowników i pozostałam obojętna na wszelkie inne etosy rycerskie. Bushido, droga wojownika, powinna zakończyć się śmiercią na polu bitwy albo honorowym samobójstwem. Walczący i konający samurajowie, których na japońskich drzeworytach przedstawiano na ogół zlanych krwią, przekłutych mieczem i z zezem oznaczającym skrajne cierpienie, budzili we mnie niechęć podobną jak bokserzy albo myśliwi.

Pamiętam studenta zafascynowanego samurajską kulturą, który potrafił godzinami opowiadać o seppuku, czyli rytualnym rozpruciu sobie brzucha i wnętrzności. Mam nadzieję, że chłopak z tego wyrósł i znalazł sobie inne pasje w życiu. Seppuku to krwawe przedsięwzięcie. Ostrze należało wbić precyzyjnie i na określoną głębokość tak, by pokroić sobie kiszki, ale nie zranić kręgosłupa. Centymetr za głęboko i całe przedstawienie spaprane, bo delikwent z nakłutym rdzeniem kręgowym nie panuje nad ciałem i może na przykład paść na plecy rozkraczony. Co za wstyd umrzeć tak nieładnie! Przy poprawnie wbitym ostrzu lała się krew, ale dzielny samuraj trwał na klęczkach, dopóki pomocnik nie zakończył jego męki ciosem miecza w szyję. Tu też ważna była precyzja, bo głowa nie powinna potoczyć się za daleko. Gdyby upaprała odzienie widzów z pierwszego rzędu, przez trzy pokolenia by gadano, że łamaga nie potrafił zabić się z klasą. W czasach samurajskich opowiadano dzieciom bajki z morałem o kilkulatkach, którzy tak szybko pojęli zasady seppuku, że gdy przyszła pora bronić honoru rodziny, bez problemu rozpruwali sobie brzuszki. Polegnij, synku, polegnij w radykalniejszej wersji. Czyż to nie piękne?

W okresie rządów szogunów mówiło się, że „w domu samuraja dziewczynka jest warta tyle co łajno”. Tylko syn dziedziczył władzę i status samuraja. Kobieta całe życie miała być zależna od mężczyzny. Łatwo więc wyobrazić sobie, że podczas gdy uwięzione w domach córki i żony samurajów zajmowały się nudnymi pracami, panowie samurajowie całymi dniami ćwiczyli sztuki walki, a w przerwie oddawali się szlachetnym rozrywkom, jak ceremonia herbaty, medytacja zen lub kaligrafia. Jednak nie do końca tak to wyglądało. Czytając o bardziej mnie interesujących kobietach z tamtych czasów, chcąc nie chcąc, dowiadywałam się coraz więcej o samurajach. Było z nimi podobnie jak z gejszami. Życie bogate i wyrafinowane wiedli tylko ci z najpotężniejszych rodów. Reszta starała się znaleźć kompromis między nierealnymi wymogami bushido a codzienną walką o byt. Większość samurajów żyła jak schłopiała polska szlachta opisana w „Bożej podszewce” Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz. Zamiast wymachiwać mieczem i rozmyślać o pięknie śmierci, martwili się plonami ryżu. Ich miecze rdzewiały. Skomplikowany kodeks samurajski stanowił dla nich przede wszystkim kosztowny kłopot. Ich domy były ciemne i zadymione, a stroje dalekie od hollywoodzkiej iluzji w stylu Toma Cruise’a wystrojonego jak z Oriental Bazaar dla zachodnich turystów.

Od lat poznaję epokę szogunów. Ale dopiero dzięki książce „Women of the Mito Domain” Kikue Yamakawy w końcu udało mi się nawet polubić jakiegoś samuraja. Pewien łagodny wujaszek z rodziny Yamakawy zawsze miał problem z fryzurą wojownika. Gdy Japonia otwarła się na świat i nowy cesarz kazał samurajom obciąć kucyki, wujaszek odetchnął. Ten samuraj, który nie miał najmniejszej ochoty wbijać ani sobie, ani nikomu innemu miecza w brzuch, jest dla mnie dowodem na to, że zawsze warto starać się zrozumieć tych, których nie lubimy. Założę się, że przy bliższym poznaniu znajdzie się w tej grupie ktoś zupełni inny, niż myśleliśmy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »