Katarzyna Miller: O rozkoszności flirtowania

123rf.com

W miłości dużo inwestujemy bez żadnej gwarancji, że się koszty zwrócą.
Wsiadam do taksówki. Za kierownicą przystojny wielki facet. Wściekły. Nie patrząc na mnie, rzuca: „dokąd jedziemy?”. Podaję adres. Ruszamy. Patrzę na niego i zastanawiam się, warto czy nie warto. A co tam, spróbuję. Mówię: „Żeby taki piękny mężczyzna był taki zły od rana…”. „Brzuch mnie boli” – odpowiada on. „Nie dziwię się – ja na to – taki kawał chłopa w za małym samochodzie. Przecież kierownica wcina się panu w brzuch, nic dziwnego, że boli”.

Pan taksówkarz podciąga się wyżej, rozluźnia, patrzy na mnie: „Już dawno myślę o zmianie samochodu. A dokąd to my jedziemy, bo z panią to i do Gdańska bym pojechał!”. No to ja, że mi miło, i on też, że mu miło. Rozstajemy się w dużo lepszym nastroju niż przed chwilą. Wystarczy na spory kawałek dnia.

Wchodzę do supermarketu. Uśmiecham się do pana, który stoi przy wózkach i wpuszcza klientów do środka. „Dla takiej uroczej pani najpiękniejszy wózek”. „Od tak sympatycznego pana to sama przyjemność” – odpowiadam i ruszam tanecznym krokiem na zakupy. Nie myślcie, że flirtuję tylko z panami. Flirtuję też z dziećmi. Są w tym genialne. Przeważnie zaczyna się zabawa, chowanie się i pokazywanie, puszczanie oczek, wywalanie języka, robienie minek i wdzięcznych gestów. Czasem dołącza się rodzic i można się jeszcze pozachwycać, że nic dziwnego, musi być udana latorośl, skoro ma takich fajnych rodziców.

Mam nadzieję, że nie pytacie, po co to. Flirtujecie na randkach, spotkaniach, imprezach, najczęściej z płcią przeciwną. Najbardziej w celu podrywu. Ale całego świata nie przelecisz, choć niektórzy twierdzą, że warto przynajmniej próbować. Tu flirtu, moim zdaniem, nie ma. Jest uwodzenie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »