Katarzyna Miller: O ważności chorowania

123rf.com

Mocno w tej sprawie zbezczelniałam. Że niby nic się mnie nie ima…
Latami nie chorowałam. Mocno w tej sprawie zbezczelniałam. Że niby nic się mnie nie ima oprócz normalnych spadków kondycji ze zmęczenia. Więc kiedy po tygodniu śluzu z nosa, bólu gardła typu krojenie żyletką, totalnego osłabienia i niemożności spania, zamiast zdrowieć, dostałam gorączki, posłuchałam w końcu Edka. Wcześniej kłóciłam się ostro, że świetnie sobie poradzę bez antybiotyków, teraz wezwałam lekarza. Ostre zapalenie oskrzeli. Jestem chora naprawdę. Mam siedzieć w domu. Głównie siedzieć, leżeć się nie da, bo śluz zalewa, jak tylko się położę.

No taaak… to wypiorę stertę brudów, które się zebrały od jakiegoś czasu, posprzątam w szafach i papierach, bo narosło bałaganu. W końcu jestem ciurkiem w domu i nic nie robię, co mi się normalnie nie zdarza. Nie mogę czytać, bo nic do mnie nie dociera, ani pisać tym bardziej. Ale przecież w domu jest zawsze tyle do zrobienia. Słaniając się, coś przenosiłam, układałam, czyściłam. Z poganianiem siebie samej i wyzywaniem od much w smole włącznie.

Trzeciego dnia takiej działalności najpierw wybuchłam płaczem, a potem stanęłam jak wryta i usłyszałam moje Wewnętrzne Dziecko, które zrozpaczone krzyczało: „Co ty mi robisz?! Chcesz mnie wykończyć?!”. O matko! Dotarło do mnie, co robię. Własnymi rączkami dobijam siebie. Bez litości i współczucia. Jestem chora najprawdopodobniej dlatego, że od dwóch lat nie zrobiłam sobie porządnego urlopu, bo buduję dom, więc szkoda mi czasu i pieniędzy. Ponieważ dom drewniany i na wsi, bo przecież wszystko dla zdrowia, odpoczywać zacznę, jak go skończymy.

„Przepraszam cię, kochanie, przepraszam – uspokajałam niezwykle poruszone, jednocześnie załamane, a z drugiej strony – rozgoryczone Wewnętrzne Dziecko – już nie będę cię do niczego zmuszać, nic nie rób, tylko to, co sprawi ci ulgę lub przyjemność. Zrozumiałam, zapamiętam!” Nigdy dotąd moja Mała Dziewczynka nie dała o sobie znać tak mocno, tak radykalnie. Naprawdę przekroczyłam jakieś granice. Ale też Ona użyła swojego głosu tak, żebym go usłyszała. Gdyby żaliła się słabiej, nie dotarłoby to do mnie… A może ona już od dłuższego czasu próbuje
mi coś przekazać, tylko ja w nieprzytomności zdobywania celu nie słucham? I trzeba było aż choroby?!

Zasnęłam na trochę w fotelu i przyśniło mi się krótko, ale pocieszająco. Najpierw zbierały się jakieś luźne grupki ludzi, a potem wszyscy poszli razem w jedną stronę. Obudziłam się ze słowem „razem” i wiedziałam, że nareszcie wszystkie części mnie zebrały się w kupę i zaczną współdziałać. O tak! Medice, cura te ipsum! (Lekarzu, lecz się sam).

A na obrzeżach, w świecie zewnętrznym, działo się coś fantastycznego. Otwierała się szeroka brama dla mojego chorowania. Wszystkie, dosłownie wszystkie zajęcia, które miałam zanotowane w kalendarzu, SAME przemieszczały się na inny termin, odwoływały, zmieniały. Niczego nie zawaliłam, niczego nie musiałam odwoływać, nikogo zawieść! Czegoś takiego w takim natężeniu nigdy dotąd nie doświadczyłam.

Trwało to prawie miesiąc. Długo. Jedna dwunasta roku. Z jednej strony, męka niemożności spania, rzężenie w piersiach, obtarty nos, oddech jak zarwany dach (to z jednego mojego wiersza), poty i zimno, totalne odmóżdżenie. A z drugiej – poczucie ciszy, jasności, porządku i współgrania. Na jakimś wyższym planie, do którego zostałam dopuszczona pomimo mojej głupoty, nieuważności i bezmyślnej pychy. Jak zawsze awers i rewers tej samej sprawy. Nasza ludzka ułomność i wielość możliwości.

Nie ma zdrowia bez choroby. Blaski życia i cienie. Jednocześnie. Dziękuję.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »