Katarzyna Miller: Tu i tam

123rf.com

Żyjemy w dwóch światach, wciąż się pakujemy i przenosimy z jednego do drugiego.
Budzę się i od razu pojawia się pytanie: na którą stronę dziś wstaję? To jest początek różnicy dwóch światów, w których żyję. Potem pojawiają się dywagacje, na którym z łóżek mniej boli mnie kręgosłup. Oba łóżka lubię, są wygodne, ale po 45. roku życia jeśli wstajesz i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz.

Tutaj jest cicho. To jest cudowne i wciąż zaskakujące, kiedy dojeżdżamy, stajemy, nie chce mi się przez chwilę wysiadać. Otwieram drzwi samochodu i wpuszczam do niego pierwsze hausty ciszy… I natychmiast zaczynam inaczej oddychać. Właściwie chłonę zapachy. Ich bogactwo po chwili staje się naturalne, ale pierwszy efekt jest oszałamiający. A hałasy tutaj to ranne wydzieranie się ptaków i częste triumfalne pienia koguta, który dumnie przechadza się, prowadząc za sobą stado swoich dam.

W mieście wciąż coś hałasuje, nawet w nocy i „od podwórka” słychać daleki szum, kroki na schodach, nie mówiąc o długowieczornych spędach młodych ludzi pod oknami. Czasem, żeby zasnąć, potrzebne są stopery, gdyż chłopaki gadają głośno i niewybrednie. Ale ja właściwie wszędzie zasypiam dobrze. Lubię dowcip o angielskim lordzie, który opowiada spotkanemu znajomemu: „Wiesz, miałem ciekawy sen. Śniło mi się, że przemawiam w Izbie Lordów. Obudziłem się i… rzeczywiście”.

Tutaj chodzimy we wtorek i piątek na targ, do pana Stanisława po kwiaty, do pana Tadeusza po truskawki, które są ciągle słodkie i suche. Czy on każdą wyciera? (Tu mi się przypomina stary PRL-owski dowcip o aferze fryzjerskiej: golili agrest i sprzedawali jako winogrona). Po targu idzie się na kawę i spotyka mnóstwo znajomych.

W obie strony wciąż się wyładowujemy, pakujemy, przenosimy. Okropnie to upierdliwe, może się poprawi, kiedy nasz dom, który się buduje, będzie skończony i urządzony. Na razie mieszkamy w wynajętym domku obok naszej działki. Do Warszawy wozimy pranie, pomidory malinowe, jajka od wiejskich kur, chleb i pierożki od pani Basi Sarzyńskiej, pasztet od pana Marka. Z powrotem jakieś pościele, ręczniki, garnki, fotele, szafeczki. I w obie strony kwiaty; na balkon, na ganek, do wazonów. Tutaj jest fajnie, zawsze coś kwitnie, zioła, kwiaty, trawy, chwasty, a ja obstawiam całą chałupę i dopiero wtedy mi dobrze…

Ale na Bielanach, kiedy się tam wprowadziłam i poszłam, już trzeci raz!, do sklepiku przy tylnej uliczce, i nie miałam przy sobie pieniędzy, pani sprzedawczyni powiedziała z uśmiechem: „A cóż to za problem, zapłaci pani później, przecież pani jest nasza”. Och, jakież to było miłe.

A jak lubię, gdy siedzimy z przyjaciółkami w knajpie Da Aldo na placu Inwalidów i pan Jędrek przynosi mi serwetkę złożoną w łabądka, i pyta: „A kto jest pani ulubionym kelnerem?”. Ludzie bywają przemili i tu, i tu, ale tam, na wsi, mają jakoś więcej czasu i ochoty na kontakty… Staje się na drodze i rozmawia z panią Lonią o wnuku, z sołtysem o pogodzie, wpada się do sąsiada Krzysia zobaczyć, jak idą u niego prace remontowe i gdzie kupił te piękne drzwi, bo też chcemy takie. Darkowie „pożyczają” nam pana Mateusza, żeby skosił chwasty. A pani Ela gotuje pierogi z owocami. Do knajpki obok wąwozu korzeniowego u Małolepszych prowadzimy znajomych z Warszawy na prawdziwą zalewajkę, a jako prezent dostajemy do spróbowania nowy gulasz z cieciorką. Puławy, gdzie można dostać i załatwić wszystko, są niskie, kolorowe i bardzo czyste. W całej okolicy zrobione są nowe drogi asfaltowe i nowe chodniki. Ogromnie nam się tu podoba.

Właśnie oglądam na oknie spektakl, jak pająk poluje na muchę (piszę w końcu września), a na dębach przed domem mieszka zielony dzięcioł z czerwoną główką i – żeby nie było tylko fajnie – stado szerszeni, no i w Warszawie są kina i teatry. A o pracy specjalnie nic nie napisałam.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »