Kliknij w serce

Szukam w sieci informacji o aktorze Janie Nowickim, bo usłyszałam,
że od dziesięciu lat gra on rolę Świętego Mikołaja. W życiu tę rolę
gra we wsi, w której ma dom, każdej zimy obdarowuje dziatwę prezentami.

Szperam więc, szukam w Google jakichś materiałów. Są oczywiście. Oglądam na zdjęciu aktora, jak jedzie wspaniałymi saniami, z długą brodą, pastorałem, muzykantami. A gdzie mikołajowy worek prezentów? Już-już udaje mi się rzecz tę zlokalizować na obrazku, gdy napływa reklama odgórnie i zamiast uosobionej dobroczynności wjeżdża mi przed nos „Pizza farmerska za jedyne 25 zł, aktualne do środy!”. Ścigam kursorem „zamknij” i nim dogonię uciekający krzyżyk, zapominam, o co mi chodziło. Na odzyskanej stronie wzrok mój trafia już bardziej w prawo, wprost na fotkę dwóch nagich ciał razem spiętych w wiadomym celu i podpis: „Seks oralny – jak to się powinno robić”. No i… wchodzimy? Na momencik? Niełatwo się oprzeć kuszącemu zaproszeniu. Bo a nuż jest tam ważna informacja, odkrywcze nowatorstwo jakieś, co żmudny trud erotycznego życia w pasmo szczęścia zmienia?

reklama

Klikam, czytam, opis drobiazgowy jest nad wyraz. Ale, niestety, nudziarski dla mnie, co już mam swoje lata… Zresztą, to są porady dla mężczyzn wyłącznie. Zaglądam więc w „zobacz także”, może coś ciekawszego będzie. Znajduję tekst tematycznie pokrewny: „Uczeni odkryli, iż seks oralny to nowy typ pocałunku na dobranoc”. Co za uczeni? Seksuolodzy to uczeni? Pod spodem przekierowanie na Facebooka, oczywiście mnóstwo osób „lubi to”, a ktoś w poście anonimowo wzdycha: „Ach, sakramencko dobra rzecz robienie drucika”.

A niżej piszą, że Karol Strasburger… Zaraz, zaraz, to aktor nie ten. Nowicki miał być. Gdzie on jest? Klikam w coś, nietrafnie, bo mi się news o charakterze stricte brukowym pokazuje: „Zgwałcił koleżankę na szkoleniu”, i tagi: gwałt, Konstancin-Jeziorna, Ormianin zgwałcił, Warszawa. O Jezu, ale wpadłam. Jeszcze chwila, a kliknę w „gwałt” i nakarmię sobie mroczną podświadomość! Bywa, że Internet wciąga jak bagno, już jestem na poziomie de, na dnie! Czuję, jak mi się sumienie pokrywa wyrzutami sumienia…

Ta megaszkatułkowa struktura Internetu, ta nieskończona dygresyjność, to nagminne podczepianie, odsyłanie, linkowanie, komentowanie – to się tak niewinnie nazywa „hipertekstowość”… Chwila nieuwagi i bezpowrotnie się w tej sieci zaplączę!

Wracam zdecydowanie do Nowickiego. Wracam, mijając Strasburgera, nowy typ pocałunku, seks oralny i uciekając przy tym reklamom, które rzucają się na każdy kolejny ekran. Jest Nowicki wreszcie. No właśnie. On to ma łatwo w tych czasach, całe ubranie mikołajskie sobie w sklepie kupił, na prezenty środki ma, bo jest akurat przecież po zrobieniu wielkiej kariery w życiu swym… A ja co miałam w roli Mikołaja? 11 lat miałam, stary bury kożuszek po kuzynce, nawet waty na brodę z wąsami nie było, tylko rolka sztywnej ligniny… Wzruszam się, wspominając, w jak skromnych warunkach musiał kiedyś pracować Mikołaj! To znaczy Mikołajek… Bo kiedyś raz, gdy jeszcze byłam uczennicą, na trzy godziny przed Wigilią nawkładałam do worka lalek, misiów i książeczek moich własnych i poszłam do sąsiedniego domu, do zaprzyjaźnionej wielodzietnej rodziny, gdzie się nie przelewało, by najmłodszym dzieciakom coś dać. Straszne miałam parcie na ten czyn społeczny, bo szczerze ich wszystkich lubiłam. Gotowa byłam darować z serca cokolwiek. Pamiętam, że się bałam okropnie, że mnie te dzieci rozpoznają. Aż mi się chude plecy pod owczym futrem spociły…

Mikołaje dla zabieganych

Teraz mikołaje to mają naprawdę dobrze. Pięknie ubrani, bezwstydnie całkiem rozdają prezenty śliczne i nowiutkie. W ramach rozmaitych akcji, fundacji, organizacji. Te akcje, fundacje, organizacje są oczywiście zakotwiczone w Internecie, inaczej być nie może w tych czasach. Kliknij np. hasło „dobre uczynki”. Ja tak trafiłam na niezwykłą zupełnie stronę dla zabieganych, przez którą można się dostać do mnóstwa miejsc dobro czyniących, z domu się nie ruszając. Nie trzeba się przebierać, brody, wąsów przyklejać, nie trzeba chodzić donikąd z workiem, wystarczy chcieć. Czyli klikać. W menu klikać, które widnieje po lewej stronie ekranu, na przykład w „bądź Świętym Mikołajem”.

Ale nie tylko, można kliknąć w serce i wesprzeć Fundację Rozwoju Kardiochirurgii w budowie sztucznego serca. Jest tam też Okruszek, Pajacyk, Habitat i liczne inne fundacje, które się zajmują organizowaniem altruizmu. Nawet na Facebooku jest profil o nazwie Dobre Uczynki. Użytkownicy relacjonują tam, co im się zdarzyło zrobić dobrego komuś albo zaznać od drugiego człowieka. A ktoś jeden zadał pytanie, tylko pozornie naiwnie brzmiące: Czy jak sąsiad, odśnieżając swój podjazd, odśnieża także nasz, z własnej woli, przy okazji zasypując podjazd trzeciego sąsiada, to jest to bardziej dobry czy bardziej zły uczynek? „To lubię!” Właśnie to lubię, gdy serce ma rozum! Gdy ludzie myślą, czyniąc innym coś dobrego, a nie tylko zaspokajają własną potrzebę czynienia dobra. Bo to często jest oczywiście odruch, emocja, impuls, a nie przemyślane działanie… Ileż razy ja sama, czując empatyczny ucisk w sercu, otwieram portmonetkę czym prędzej, by już mnie nie bolało to ubóstwo, które rękę do mnie wyciąga po prośbie.

CHRISTMAS TIME W ERZE FACEBOOKA

Komputer daje mi sygnał, że jest nowa poczta w skrzynce mejlowej: link do filmiku na YouTube, koleżanka rozsyła wszystkim z okazji świąt zamiast kartek z szopką i barankami. Okazuje się, że to „Digitalna historia Bożego Narodzenia”, stary mit w cyfrowym tempie: Archanioł Gabriel otwiera Twittera na smartfonie i wysyła wiadomość do Najświętszej Marii: Mario, urodzisz Syna Bożego… Maria natychmiast pisze na adres josephcarpenter07@gmail.com:
„Musimy porozmawiać, zamierzam zajść w ciążę”, więc Święty Józef błyskawicznie zamawia
osiołka w wirtualnym sklepie… Gdy Dobra Nowina trafia na Facebooka, po kilku sekundach miliony użytkowników „lubią to!”…

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »