Koniec świata i czipsy

W sieci proponuje się kolejne armagedony. I zawsze się znajdą tacy, co uwierzą!
„Żeby tak jakaś bomba teraz wybuchła, żeby ludzie zaczęli biegać, żeby zawyły alarmy, żeby, kurna, wreszcie się coś zadziało, bo tej nudy nie idzie wytrzymać…” Stoję ja wczoraj pod Rotundą, ponieważ się tu z kimś umówiłam, a obok mnie trójka młodzieży papieroski pali, czipsy pogryza i tak właśnie sobie gwarzy. Zaniepokoiłam się nieco, bo nie lubię bomb, męczą mnie alarmy i nie najlepiej się czuję w spanikowanym tłumie. Zaniepokoiłam się także i dlatego, że to również tacy młodzi ludzie, jak tych troje, będą tworzyć materialną i duchową rzeczywistość mojej starości. Jaki świat mi oni zafundują, jeśli tak wyglądają teraz ich młodzieńcze marzenia? Strach się bać…

reklama

Sylwester po Apokalipsie

Człowiek jest istotą niepojętą, samosprzeczną i bardzo chętnie robi to, od czego ginie. W gardło wlewa sobie człowiek piekącą wódkę, w płuca wciąga gorzki dym z papierosa, choć nikt mu nie każe. A szczególnie człowiek lubi się bać. Dlatego wymyśla horrory, w których jeden drugiego piłą rżnie na pół, a także thrillery o spadających samolotach, falach tsunami, wybuchających wulkanach, a nawet o kosmicznych kolizjach ciał niebieskich, w których Ziemia idzie w drzazgi! O tak, marzenia ludzkości mają swoją mroczną stronę. Oczywiście, chcemy jak należy i miłości, i szczęścia dla całego globu, ale chcemy też, od czasu do czasu – nieszczęścia, katastrofy, ekscytującego, „ekstremalnie zajebistego” końca wszystkiego! Naszemu mózgowi wszystko jedno, czy to fikcja, czy rzeczywistość, on i tak zarządzi stosowny w takich razach wyrzut adrenaliny do krwi. I właśnie o tę adrenalinę chodzi! Podobna w swym działaniu do kokainy adrenalina wyrywa z letargu i zmusza do życia. Pobudza serce do pracy, dotlenia szare komórki i nie dumamy już ze znudzoną miną, co by tu zrobić głupiego, bo się wszystko nagle samo kręci, czy mamy talent do życia, czy nie mamy. A jakie to życie wydaje się cenne i ekscytujące, gdy jest zagrożone! W epokach pierwotnych natura zabezpieczała nam stałe wewnętrzne dostawy tej narkotycznej substancji; ludzie bali się często i zdrowo: drapieżników, piorunów, oberwania chmury i obcych plemion. Kiedy jednak cywilizacja zaczęła nas stopniowo odgradzać od groźnych żywiołów, musieliśmy zacząć sobie radzić inaczej. (Możliwość walki z „obcymi plemionami” istnieje stale, patrz: kibolskie ustawki stadionowe. Wojny zmieniają oblicze, ale nigdy nie tracą na atrakcyjności). Stąd się bierze trwająca od wieków moda na końce świata.

Już ponad tysiąc lat temu, w 999 roku, czekano na obiecany koniec świata w przerażeniu, bo zmiana w kalendarzu wydawała się drastyczna, a do tego ludzkość ówczesną utwierdzano w przekonaniu, że bardzo jest grzeszną i jej się taki koniec sprawiedliwie należy. Spodziewano się ponadto ponownego przyjścia Mesjasza w roku 1000, co może nie wszystkim było na rękę i dodatkowo podsycało nastroje. Kiedy o północy poziom wiadomego neuroprzekaźnika osiągnął stan maksymalny we krwi mieszkańców średniowiecznej Europy, wtedy… nic nie nastąpiło. Chrześcijanie odetchnęli więc z ulgą i ruszyli świętować cudowne ocalenie, bezpieczne czasu przemienienie i prolongatę boską na co najmniej rok do przodu. Ponoć zwyczaj zabawy sylwestrowej wziął się właśnie z tamtej niezrealizowanej apokalipsy. Dużo później, w 1999 roku, też się nie udało zwieńczyć dziejów małą choćby apokalipsą, komputery nie zwariowały, jak wróżono, łyknęły trzy gołe zera z dwójką na przodzie i świat potoczył się dalej. Czy ktoś ma cierpliwość czekać na kolejne milenium? O nie, w czasach pilota nikt nie ma już cierpliwości do niczego. Więc się proponuje kolejne armagedony, coraz to szybciej, do wyboru do koloru, z reklamami albo bez. I zawsze się znajdą tacy, co uwierzą!

– Po co walę się młotkiem w głowę? Bo to takie cudowne uczucie, kiedy przestaję! – tak mówi bohaterka popularnego amerykańskiego serialu, a ja parafrazuję: po co z takim uporem wzbudzam w sobie strach? Bo to takie cudowne, gdy wraca poczucie bezpieczeństwa… Po okropnych chwilach panowania wraca porządek, życie zyskuje na wartości, kobiety są piękniejsze, a wszystko razem święte jest i czyste… Ostatni z „niebyłych” końców świata, jaki sobie przypominam, to ten zaplanowany na 15 sierpnia 2011. W święto Matki Boskiej Zielnej, w godzinach od 10.00 do 12.00 na świecie miała się rozpętać za przyczyną szatana niewyobrażalna burza z piorunami. Miały przestać działać komputery i zniknąć pieniądze z kont w bankach. Internauci się skrzyknęli na forach odpowiednio wcześniej i dalejże się straszyć wzajemnie, wymieniać informacje, cytować jasnowidzów i radzić, jak przeżyć. Bo wszyscy, oczywiście, planują przeżycie, przecież tylko taki koniec ma sens, po którym jest dalszy ciąg, prawda?

Mały katastrofista

Najbliższa apokalipsa, ta, co ma się zacząć tuż przed Bożym Narodzeniem 2012 roku, nagłaśniana i odwoływana na przemian, szczególnie będzie atrakcyjna, bo w pakiecie mamy wszystko, co „mały katastrofista” mógłby dostać pod choinkę: wybuchy wulkanów, pękanie skorupy ziemskiej, przebiegunowanie, zlodowacenie i potop, uderzenie asteroidy, no i najważniejsze – decyfryzacja wszystkiego, wyczyszczenie twardych dysków, totalny, kosmiczny reset. A zagładę tę rzekomo przepowiedzieli i Egipcjanie, i Majowie, i Biblia, i NASA, a ponadto geolodzy, klimatolodzy i astrofizycy…

Uff! W sieci całe mnóstwo stron powstało z dokumentacją i agitacją co do tego akurat końca cywilizacji. Jedna z nich zamieszcza na starcie taką odezwę: „Przetrwajmy! Jeśli przejmujesz się swoim losem i losem ludzkości, to jest strona, która Cię na pewno zainteresuje.

[…] Zjednoczmy się – tylko w grupie jest to możliwe…”. Przeczytałam mnóstwo artykułów, znalazłam na forach cuda–wianki na temat tego, jak będzie świat wyglądał tydzień po apokalipsie, jaką żywność należy gromadzić, jakie pontony, kapsuły ratunkowe, motolotnie, jakie schrony, w których górach, na jakich kontynentach stwarzają szansę przetrzymania końca. Ale najbardziej mi się podobała dyskusja, którą śledziłam na jednym z portali, o tym, co się uchowa w supermarketach. (Bo niektórzy junacy Internetu mają wrażenie, że przemysł spożywczy jest jak zbrojeniowy). Oto jak jeden internauta przekonuje drugiego, któremu się marzy buszowanie po opuszczonych sklepach: „Puszki i próżniowe paczuszki raczej pożaru nie wytrzymają. A jak chcesz dłubać po omacku w dwumetrowym popiele za paczką czipsów, to powodzenia”. Powodzenia, chłopaki, i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!