Maciej Stuhr: Film, który wzrusza i śmieszy

Gutek Film

Idę sobie do kina, patrzę i oczom nie wierzę! I znów czuję się jak nastolatek.
„Alfredo!” – krzyknął jeden z widzów nieistniejącego dziś kina Wolność w Krakowie w momencie, kiedy zerwała się projekcja filmu „Cinema Paradiso”. Sala zareagowała śmiechem, bo fikcja idealnie zmieszała się z rzeczywistością. Alfredo, wspaniale grany przez Philippe’a Noiret, operator projektora we włoskiej mieścinie, też miewał swoje wpadki i widzowie byli niezadowoleni. Miałem wtedy 14 lat, biegałem niemal codziennie do kina. No, często też do Starego, ale to o 19.15, więc seans można było zaliczyć wcześniej. Kino Wolność, bo najbliżej. Choć tak naprawdę to moją filmową edukację przeszedłem w Micro, przy parku, tuż za rogiem. Chłonąłem filmy tak, jak dziś się chłonie popcorn. Tyle że bez popcornu. Mecze też oglądałem bez piwa. No, dziwne czasy! Mało tego, biegałem do tego kina bez narzeczonej. Pewnie dlatego, że jej nie miałem. No więc chodziłem na te filmy, na które chciałem…

Emocje. Nowe światy, tęsknoty, marzenia… Nawyk chodzenia do kina pozostał mi do dziś. Ale… Ale jak dziś odnaleźć tamte emocje…? Oczywiście, jest to problem szerszy. Jak odnaleźć swą młodzieńczą żarliwość, pasje, swoją wiarę nawet. Jak przeżywać życie z tamtą intensywnością? Dziś filmy przelatują mi jeden za drugim i nawet takiego, co mi się podoba, po tygodniu nie pamiętam. Czasami myślę, że już się nie uda wejść w tamte buty. Aż tu nagle… Idę sobie do kina, patrzę i oczom nie wierzę! I znów czuję się jak nastolatek. I znów nie analizuję, czy dobre światło jest, czy warsztat aktorski mnie satysfakcjonuje, czy montaż sekwencji pościgu nie zawiera ujęć dłuższych niż 1,5 sekundy, czy pierwszy punkt zwrotny jest w 27. minucie. Jestem znów bezbronnym widzem. Jak Totò w „Cinema Paradiso”. I to na filmie, na którym nic nie zapowiada, że to się stanie. Wierzcie mi! Producenci się na tym znają! Ma być laska z fajnymi cyckami, przystojniak, który ją strasznie kocha, perypetie i kłody pod nogi. No i ona w pewnym momencie myśli, że on ją totalnie oszukał, ale on jedzie taksówką na lotnisko, żeby jej powiedzieć, że to wszystko nieprawda. Wierzcie mi, jeśli przyjdziecie do producenta filmowego i powiecie mu: „Wie pan co? Zrobimy taki film, że jest gościu na wózku inwalidzkim, no, generalnie warzywo, no i przychodzi do niego Murzyn, który nic nie kuma, ale jest dość zabawny, no bo np. śmieje się, że jak warzywu podaje komórkę, to tamten nie może jej wziąć do ręki… No i generalnie Murzyn ujarał trawą warzywo, no więc się polubili i jest git na końcu!” – wtedy każdy producent powie wam kilka przykrych słów. Jeśli powiecie, że waszym zdaniem na ten film pójdą miliony w całej Europie, pewnie wezwie ochronę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »