Tomasz Jastrun: Biedroneczki mają zęby

Tomasz Jastrun: Biedroneczki mają zęby
123rf.com

Pozamykałem wszystkie okna. I tknięty złym przeczuciem wyszedłem na taras.
Ze wszystkich istot robaczkowatych biedronki budzą chyba najwięcej sympatii. Ich czerwony kostium i czarne kropki wyglądają jak dekoracja. „Biedroneczki są w kropeczki” śpiewała Kasia Sobczyk w Sopocie, miałem wtedy 15 lat i byłem na widowni. Biedronkę bez obaw bierze się do ręki. Zwykle udaje wtedy martwą. Po chwili ośmiela się i wędruje, łaskocząc czarnymi stopkami obutymi w lakierki. Kiedy więc zobaczyłem biedronkę w domu, poczułem odruch serdeczny.

Wyniosłem ją na dwór z obawą, czy się nie przeziębi. Nazajutrz w pokoju spotkałem dwie nowe. „To jednak przesada” – pomyślałem, wysiedlając je za okno. Kiedy pod wieczór objawiło się znowu kilka, poczułem niepokój. Co u licha? Sytuacja pogarszała się z godziny na godzinę. Biedronki gromadziły się w jednym miejscu, jakby wiecowały w jakiejś wspólnej sprawie. Pracowicie wyrzucałem ja za okno, co nie było proste, niektóre podfruwały, inne udawały martwe. Wyczytałem w Internecie, że to pewnie biedronka azjatycka, ludojad. Pozamykałem wszystkie okna. I tknięty złym przeczuciem wyszedłem na taras. Cała fasada była w kropki. Inwazja.

Kiedyś w Rzymie, gdzie tak niezwykłe są zapachy przeszłości, pod jakimiś starożytnymi kolumnami ujrzałem grupkę dzieci nagabujących turystów. Wydawały się takie słodkie. I przypomniał mi się ów śliczny chłopczyk, którego z ulicy wziął Leonardo, by się nim zaopiekować. Okazał się niepoprawnym złodziejaszkiem. Te dzieci były nie lepsze. Widząc mój uśmiech, rzuciły się po mój portfel. Dotykały mnie, jakby robiły mi masaż. Od komarów trudno się opędzić, ale je można zabijać. Teraz byłem jak słoń, który musi się ratować ucieczką przed atakiem mrówek. Tak znalazłem się na uliczce pełnej sklepików, pewien, że już jestem wolny, ujrzałem, że sklepikarz chwyta jedną z kudłatych ulicznic. Wykręca jej rączkę, a spod pachy dziewczynki wypada mój portfel.

Najbardziej jednak wstrząsające są inwazje nocne. Człowiek w półśnie jest szczególnie bezbronny i wydany na pastwę złych myśli. Przed laty, gdy nie mogłem zasnąć, zapaliłem światło, by je przegonić. Ujrzałem na ścianie kilka malutkich żuczków. Zdziwiło mnie, czemu idą tak karnie, jeden za drugim, jak zwykle chadzają drapieżniki. A żuki zawsze wydawały mi się poczciwymi indywidualistami. W pierwszym odruchu chciałem je wyrzucić do sedesu, sumienie nie pozwoliło. Dzieci owadzie, ale jednak dzieci. Eksmitowałem je delikatnie za okno. I zgasiłem światło. Natłok myśli znowu nie dawał spać. Zapaliłem światło. Wtedy ujrzałem na ścianie żuka dużego, jakby ich matkę. I przypomniałem sobie o śladach po ugryzieniach na brzuchu, obejrzałem je uważnie, jak kopczyki kreta, które ujawniają przebytą drogę. To nie był komar, raczej jakiś jadowity wędrownik. I nawiedziła mnie myśl straszna – pluskwa! Niemożliwe, nie ma wojny, nie jestem w obozie. Działo się to już na progu Internetu, więc wpisałem pluskwę w Google i wyskoczyła: taka sama jak na ścianie, noga w nogę, czarne oczko w oczko. Trwoga i obrzydzenie. Czytałem: „Małe oczy pluskwy czekają, aż zapadnie noc. Boi się światła, więc dopiero wtedy wyrusza na łów. Jak wampir żywi się ludzką krwią”. Haczykowate nóżki pomagają jej wspinać się na ściany, nawet wisieć na suficie i spadać na ofiarę.

Polowałem do świtu na krwiopijców, szukałem w zakamarkach łóżka, za ramami obrazów, gdzie tradycyjnie lubią się czaić, straszna była to i upiorna noc. A i tak musiałem wezwać zawodowca.

Pozory, jak widać, mylą. A każdy nadmiar, nawet tego, co zwykle lubimy, bywa koszmarem. Lecz to nie pluskwy, nawet nie ludzie najczęściej są zmorą naszą dzienną i nocną, ale myśli natrętne. Z nimi walczyć najtrudniej.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »