Tomasz Jastrun: Sztokholm w okruszkach

123rf.com

Pamiętam, jak autor „Ambasadora” gubił się w czeluściach ambasady.
Weekend w Sztokholmie z małymi przyległościami piątku i poniedziałku, jak ze wstępem i z epilogiem. W tym epilogu nagle z chmur wyłania się Półwysep Helski. Widzę dachy Chałup i Kuźnic, śnieżne teraz plaże, z których, będąc dzieckiem, patrzyłem w stronę niedostępnej Szwecji. Za plecami stały wtedy betonowe wieże z radarami, by ktoś nie rzucił się wpław ku lepszemu światu.

Sztokholm, gdzie spędziłem, właściwie pędziłem, kilka lat. Minęło od tamtego czasu 2O lat. Niemożliwe. A jednak. Pomogły mi w to uwierzyć dwa świerki stojące krzepko obok Instytutu Polskiego, którym kiedyś kierowałem. Pamiętam, jak sadził je mój kierowca Sarnecki, takie malutkie, a teraz większe ode mnie i rosną sobie na rogu Villagatan i Karlavägen.

Po Sarneckim zostanie rosnący ślad w Sztokholmie, po mnie pewnie nie. Mój wiersz jeździł co prawda do niedawna w autobusach miasta, ale już jeżdżą inne, wszystko znika. Tylko drzewa rosną. I dzieci znajomych. Niektóre robią wielkie szwedzkie kariery. A gdziekolwiek się ruszę, wspomnienia sypią się jak okruszki, część z nich nawet pachnie. Nasza pamięć zawsze pokruszona.

Mieszkam teraz w pokojach gościnnych ambasady, której byłem kiedyś gospodarzem. Dwie bramki wejściowe, wtedy tak pilnie strzeżone… Nawet w tym miejscu kłębi się masa wspomnień:

Do Sztokholmu przyleciał Mrożek pełen lęku i niepokoju, zaginęły jego bagaże, sam wcześniej ledwie uszedł z życiem, pękła mu aorta, o tu, pokazuje na szyję. Żona go uratowała, kiedy ujrzała śmierć w kartach tarota. I jeszcze brak bagażu. Mrożek paradował więc w moich marynarkach i w butach mego syna. Mieszkał wtedy w pustej na chwilę ambasadzie, ścięto właśnie starego ambasadora, tego ze złych czasów. Autor „Ambasadora” gubił się w czeluściach ambasady. Ale głównym jego zmartwieniem był Adam Bromberg, słynny szwedzki wydawca, mój sztokholmski sędziwy przyjaciel. Człowiek oszczędny. Był winien Mrożkowi jako jego agent okrągłą sumkę, ale jakoś nie mógł jej wypłacić, co pisarza wielce trapiło. Przełom nastąpił między tymi dwiema bramkami ambasady. Pieniądze zostały wyszarpnięte z wewnętrznej kieszeni marynarki i przekazane pisarzowi – widziałem, jak opuszki palców Adama płakały. Tu też pamiętam parę królewską, jak rusza, by iść od instytutu chodnikiem bez żadnej obstawy, co napełniło mnie wielką trwogą. Większą, gdy już w salach instytutu królowa podeszła do kopulacyjnych rysunków Mleczki (miał tu wystawę), by mierzyć jego bezeceństwa czystym, królewskim okiem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »