Hanna Samson: Opiekunki bez granic

fot.123rf

Przywykliśmy do tego, że kobiety opiekują się innymi. Dziećmi, mężami,
starymi rodzicami. Czasem choroba bliskiej im osoby nie zostawia już miejsca na własne życie. Ale kto by się tym przejmował?

Na ulicy spotkałam znajomą, która od kilku lat zajmuje się ciężko chorym mężem. W pierwszej chwili jej nie poznałam. Zdecydowanie przytyła i zszarzała. Bez makijażu, w workowatym swetrze ledwie przypominała osobę, którą znałam. Ostatnio widziałyśmy się jakieś pięć lat temu, potem nie miała już czasu, bo zajmuje się mężem. Rano wozi go na zabiegi, jedzie do pracy, potem go odbiera ze szpitala, podgrzewa obiad, który przygotowała wieczorem, pędzi znowu do pracy, w drodze powrotnej robi szybkie zakupy, przygotowuje kolację, potem obiad na następny dzień, rozmawia z mężem o tym, jak on się czuje, potem jakieś pranie, sprzątanie, czasem jeszcze chwilę popracuje i pora spać. Tak jej życie wygląda wtedy, gdy wszystko jest dobrze. Bo gdy stan męża się pogarsza, trzeba organizować konsultacje, badania, czasem mąż trafia do szpitala, wtedy ona odwiedza go tam codziennie i przywozi domowe obiady. Normalna sprawa. Kiedy ludzie się kochają, to dbają o siebie nawzajem. I ta normalna sprawa trwa już kilka lat. Co jakiś czas życie męża wisi na włosku, mają już za sobą jeden przeszczep, teraz czekają na drugi, mąż jest załamany, więc ona wciąż podtrzymuje go na duchu.

reklama

– I jak ty sobie z tym wszystkim radzisz? – zadaję zwykłe pytanie, które jednak okazuje się niezwykłe, bowiem wprawia moją znajomą w konsternację.

– Ja? – pyta z niedowierzaniem i bezradnie powtarza: – Ja?

– Tak. Jak ty sobie z tym wszystkim radzisz? – upewniam ją, że dobrze zrozumiała, choć nie rozumiem, co ją w tym pytaniu zaskoczyło.

– Wiesz co? Chyba jesteś pierwszą osobą, która mnie o to pyta – mówi ze łzami w oczach.

– No co ty? – Teraz to ja jestem zdziwiona, ale sytuacja szybko się wyjaśnia.

– Wszyscy pytają mnie tylko o niego. Jak on się czuje, czy coś zjadł, czy czegoś nie potrzebuje. Dają mi tysiące rad, jak jeszcze lepiej mogłabym o niego zadbać… Codziennie dzwoni jego matka, dzwoni nasza córka, dzwonią przyjaciele i pytają, w jakim on jest stanie i jak się czuje…

– A ty? W jakim jesteś stanie?

– Nie wiem. Nie mam czasu o tym pomyśleć. Chyba już nie istnieję.

Łzy płyną jej z oczu, na szczęście nie ma makijażu, więc się nie rozmaże, wyciera twarz jednym ruchem i patrzy na zegarek. Musi pędzić do pracy, więc szybko się żegnamy, ale to krótkie spotkanie na ulicy nie daje mi spokoju. Po kilku dniach dzwonię, żeby ją zaprosić na kawę.

– Z radością bym przyszła, ale przecież wiesz, że nie mogę…

– A kiedy będziesz mogła? Jak on umrze? – pytam brutalnie, bo czuję, że tu już nie ma miejsca na miłe pogawędki, tu trzeba zacząć walkę o jej życie.

– Co ty mówisz?! – oburza się moja znajoma.

– To będziesz mogła wcześniej?

– Wpadnę do ciebie jutro – odpowiada po chwili, a ja nie kryję radości.

Następnego dnia moja znajoma w końcu ma czas dla siebie. Opowiada o tym, jak jest jej ciężko, ale nie okazuje tego, no bo jemu jest jeszcze ciężej, bo jest chory i cierpi, i całe jego życie legło w gruzach. Jej też legło, ale przy okazji, więc nie ma o czym mówić.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »