Hanna Samson: Opowieści życiowe

fot.123rf

Gdy ktoś przychodzi do mnie po raz pierwszy, pytam zwykle, co go sprowadza. Odpowiedzią jest czasem historia, która sprawia, że nagle obca osoba staje się bliska. Każda z tych historii jest inna. I każda domaga się wysłuchania.
Ostatnio poruszyła mnie Anna, 39 lat, która opowiedziała o swoim dzieciństwie w domu dziecka. Trafiła tam po śmierci mamy, gdy miała trzy lata. Ojciec zaginął. Objawił się, gdy miała lat 13, i wziął ją do siebie. Ale wkrótce wyprowadził się z domu i przepadł bez wieści. Anna została sama w wynajętym mieszkaniu, za które nie płacił, więc musiała się wyprowadzić. Dokąd? To cała opowieść o dwóch latach tułaczki, po której wróciła do domu dziecka. Potem znów walka o przetrwanie, która toczy się do dzisiaj i której Anna ma dość. Dojrzała do tego, żeby zająć się sobą. Ale najpierw musi siebie odnaleźć. Dotrzeć do swoich uczuć, których nigdy nie chciała przeżywać. Poczuć łączność z tamtą dziewczynką, którą była. Nie odwracać się od jej smutku i przerażenia.

reklama

Każdy z nas ma swoją opowieść, która domaga się wysłuchania. Potrzebujemy świadków własnych zmagań. Potrzebujemy zrozumienia, żeby zrozumieć siebie. Tak w każdym razie myślę po wysłuchaniu setek opowieści, które zostają we mnie na długo. Jestem świadkinią wielu żyć. To wielki przywilej, pod którym się czasem uginam, ale słucham. To pierwszy krok do tego, co może się zdarzyć. Do zmiany, która nie jest możliwa bez strat, a tych się boimy. Nawet wtedy, gdy to, co tracimy, jest źródłem cierpienia.

Do tych nieco górnolotnych słów skłoniła mnie książka „Życie wysłuchane” Stephena Grosza. Autor jest psychoanalitykiem. Opowiada o ludziach, których słuchał i próbował zrozumieć, gdy oni sami nie rozumieli siebie. To nie są jakieś spektakularne historie, większość z nich brzmi raczej znajomo, ot, życie w jego różnych odmianach. Autor próbuje odkryć znaczenie ludzkich zachowań. Dotrzeć do uczuć, które tkwią u ich podłoża. Z wielu historii wynikają wnioski, które dotyczą nie tylko konkretnej osoby, lecz skłaniają do autorefleksji.

Weźmy na przykład Alice, bohaterkę jednego z opowiadań, która wraz ze swoją córeczką odwiedza rodziców. Od początku wszystko idzie nie tak. Rodzice nie okazują większego zainteresowania jej życiem ani wnuczką, cały czas jest włączony telewizor, ojciec nie rozstaje się z laptopem. Alice opowiada o tym psychoanalitykowi, puentując zachowanie rodziców złośliwymi żartami.

– Problem z pani żartami polega na tym, że mamy wrażenie, jakbyśmy omówili to, co panią trapi – stwierdza psychoanalityk. – Niby o tym mówimy, ale tak naprawdę nie dotykamy problemu.

– Gdybym nie robiła sobie żartów, przez cały czas chodziłabym wściekła – odpowiada Alice, a psychoanalityk komentuje: – Te żarty są agresywne, więc pani się odgrywa i dzięki temu poprawia sobie samopoczucie. Wydaje się, że pani poczucie humoru odnosi skutek. Bo potem mniej boli. Ale jednocześnie traci pani zainteresowanie sednem problemu.

Alice rozładowuje żartami swój gniew. Dopiero analiza snu pozwala jej dotrzeć do smutku i rozpaczy z dzieciństwa. Do przeżycia, które sprawiło, że nie ufa własnym uczuciom, tylko sobie z nimi radzi.

Wielu z nas żartem, ironią, złośliwością odcina się od swoich uczuć. Radzimy sobie z tym, co gdzieś głęboko nas boli, zamiast zmierzyć się ze swoim cierpieniem.

Albo taka historia o pochwałach. Stephen Grosz jest przeciwny temu, byśmy nadmiernie chwalili dzieci. Bo pochwały wcale nie wzmacniają pewności siebie dziecka. Wręcz przeciwnie. Na dowód przytacza słynne badania Carol Dweck i Claudii Mueller z 1998 roku, w których badaczki chwaliły jedną grupę dzieci za inteligencję, a drugą za pracowitość.

Okazało się, że „dzieci inteligentne” przy trudniejszych zadaniach były bardziej niepewne i mniej wierzyły we własne siły niż „dzieci pracowite”. Ich motywacja i efektywność spadły, ale nie chciały przyznać się do porażki. Z wielu źródeł wynika, że lepiej chwalić dzieci za to, co i jak robią, niż za to, jakie są. „Grzeczny chłopiec”, „mądra dziewczynka”, „jesteś najlepsza” – takie słowa dzieciom nie służą. Grosz sądzi, że chwaląc dzieci, próbujemy być inni od swoich rodziców, którzy chętnie nas krytykowali. Szafujemy pochwałami tak samo, jak oni krytyką, zamiast skupić się na tym, co dziecko robi. Wystarczy, że dorosły jest obecny, że uważnie towarzyszy działaniom malucha. Dziecko nabiera pewności siebie, bo wie, że jest warte uwagi i zainteresowania. Robi coś, bo chce to robić, a nie dlatego, żeby uzyskać pochwałę.

Gdybyśmy wszyscy bardziej skupiali się na tym, co i jak robimy, a nie na tym, żeby osiągnąć sukces, pewnie łatwiej by się nam żyło. A sukcesy, paradoksalnie, byłyby bardziej w naszym zasięgu.

Stephen Grosz opowiada o kobiecie, która przez dziewięć lat była kochanką żonatego mężczyzny i wciąż wierzyła, że on się dla niej rozwiedzie. On wielokrotnie łamał dawane jej obietnice, ale ona nie chciała tego widzieć. Nie chciała skonfrontować się z rzeczywistością, choć i tak bardzo cierpiała. Po prostu zbyt wielki był jej strach przed samotnością.

To lęk sprawia, że godzimy się często na sytuacje, na które nie warto się godzić. Pacjentka Grosza uświadomiła sobie w końcu, ile traci, pozostając w tym układzie. To pozwoliło jej pogodzić się ze stratą złudzeń, że nie jest sama.

Stephen Grosz opowiada o badaniach, które dowodzą, że nie lubimy zmian. Wolimy iść koleiną nawyków. Dzięki sądowej rekonstrukcji zdarzeń po pożarze w restauracji Beverly Hills Supper Club w Kentucky wiadomo, że wielu klientów zginęło, bo próbowali przed wyjściem zapłacić. Spłonęli w kolejce do kasy.

– Zgoda na zmianę – nawet drobną zmianę, która wyraźnie leży w naszym interesie – jest często bardziej przerażająca niż ignorowanie niebezpiecznej sytuacji – stwierdza Grosz.

Jesteśmy fanatycznie przywiązani do naszej wersji rzeczywistości. Ale gdy zostaniemy wysłuchani, nasza wersja zostaje ocalona w uszach innych. Daliśmy jej świadectwo i możemy iść dalej. Co nie znaczy, że przeszłość znika. Po prostu staje się lżejsza i możemy ją wziąć ze sobą.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »