Hanna Samson: Słabość dominacji

123rf.com

Sama miłość nie wystarczy, by stworzyć dobry związek. Konieczna jest jeszcze siła obojga partnerów, bo bez niej miłość ulega atrofii. Jeśli potrzeby jednej z osób są ciągle mniej ważne niż drugiej, prędzej czy później trzeba będzie za to zapłacić.
W „Psychology Today” czytałam niedawno artykuł „Miłość i siła”, który traktuje o sprawach – zdawałoby się – oczywistych. Przecież wszyscy dobrze wiemy, że podstawą dobrego związku jest to, że obydwoje mają prawo głosu, razem podejmują istotne decyzje, potrzeby i uczucia obydwojga są traktowane równie poważnie. Hara Estroff Marano, autorka artykułu, na kilku stronach przekonuje nas do tego, do czego chyba wszyscy jesteśmy przekonani. Dostarcza licznych dowodów i wypowiedzi autorytetów. Właściwie po co? Odłożyłam artykuł z poczuciem, że nie wnosi nic nowego, strata czasu. A mimo to został mi w głowie. Co rusz wracał, gdy słuchałam opowieści kobiet o ich związkach. O małżeństwach, w których żyją wcale nie tak, jak by chciały. Dlaczego? Bo nie mają siły, żeby to zmienić. Za to bezsilna miłość szybko zmienia się w niechęć, lęk, złość, a nawet nienawiść. W wielu przypadkach rozwód wydaje im się z czasem jedyną sensowną opcją.

reklama

Anna, lat 42, prowadzi własną firmę, sporo zarabia. Finansowo nie jest zależna od męża i nie korzysta z jego pieniędzy. Dobra podstawa do partnerskiej relacji, o której jednak nie ma mowy, bo mąż jest przywiązany do tradycyjnego podziału ról. Jest szefem wielkiej firmy i po pracy nie zamierza wykonywać kobiecych obowiązków. Sam nie weźmie sobie jedzenia, nie zmieni pościeli ani ręcznika, nawet nie zrobi herbaty. Nie ma nic przeciwko pracy żony, byle dom funkcjonował bez zarzutu. I funkcjonuje, bo mają pomoc domową, która zdejmuje z nich ciężar codziennej krzątaniny. W czym więc problem?

– Siedzimy razem przed telewizorem, oglądamy oczywiście to, co on wybierze. Jeśli chciałabym oglądać coś innego niż on, nie ma sprawy, mogę iść do sypialni, tam też jest telewizor. Ale on lubi, jak oglądam z nim. A ja lubię, jak on jest zadowolony – mówi Anna, która przez lata dbała o jego zadowolenie. Gdy kogoś się kocha, to uwzględnia się jego potrzeby i pragnienia wręcz odruchowo. I nie ma w tym nic złego, to naturalne. Zwłaszcza jeśli dotyczy obojga partnerów. Ale w związku Anny utarło się przez lata, że chodzi głównie o jego potrzeby. Gdy mąż mówi, że napiłby się herbaty, Anna idzie do kuchni i ją robi. Gdy on mówi, że coś by zjadł, Anna przygotowuje przekąski. Żaden problem, naprawdę, przez lata robiła to z przyjemnością. Gdy on mówi, że jest duszno, ona wstaje i otwiera okno. I w końcu przez to okno zobaczyła, że coś jest nie w porządku.

– Trzymałam na kolanach kota, a mąż siedział obok i zapytał, czy mogę otworzyć okno. Odpowiedziałam, żeby sam otworzył, bo kot śpi i nie chcę go ruszać. Nie otworzył. Naburmuszył się i do końca dnia był obrażony. Zaczęłam sprawdzać, jak to jest, czy mogę mu nie zrobić herbaty. Stwierdził, że nie potrzebuje w domu feministki. Po to ma żonę, żeby go obsługiwała.

Dopóki sytuacja była nienazwana, Anna obsługiwała go bez oporu, bo lubiła sprawiać mu przyjemność. Ale gdy okazało się, że jest to jej obowiązkiem, i on swoim milczeniem, a potem złością, zamierza go egzekwować, sytuacja przestała jej odpowiadać.

– Zdałam sobie sprawę, że moje potrzeby i uczucia nie są dla niego ważne. Gdy próbowałam z nim o tym rozmawiać, ucinał krótko, że jak mi się nie podoba, to mogę odejść. I coraz częściej myślę, że to może nie jest zły pomysł.

Małgosia ma 29 lat i dwoje dzieci. Gdy urodziło się pierwsze, przerwała studia, żeby się nim opiekować. Mąż, oczywiście, skończył studia, potem zrobił doktorat, w domu się nie udzielał. Drugie dziecko było planowane, ona nadal zajmowała się domem, on kształcił się i pracował. Gdy młodszy synek poszedł do przedszkola, ona postanowiła skończyć studia. On nie ma nic przeciwko temu, ale nie zamierza zajmować się dziećmi, bo weekend jest od tego, żeby odpocząć. Na szczęście jej mama zaoferowała pomoc i Małgosia może chodzić na zajęcia. Ma poczucie winy, że jest nieobecna w domu, więc po powrocie stara się to wszystkim wynagrodzić. Studia to jej czas dla siebie, jest wdzięczna mężowi, że jej na nie pozwolił.

– A jak on studiował, to był to też jego czas dla siebie? – pytam.
– No nie. On studiował, żeby mieć lepszą pracę, z której będzie mógł nas utrzymać.
– A ty po co studiujesz?
– Żeby mieć szansę na pracę. Żebyśmy mieli lepsze życie.

Niby podobne powody, ale Małgosia widzi je inaczej. Jej inwestowanie w siebie to raczej fanaberia, przez którą zaniedbuje rodzinę, jego – to troska o rodzinę, odpowiedzialność, ambicja.

W wielu związkach kobieta ciągle nie ma prawa do własnego czasu. A jemu ten czas się po prostu należy.

Sylwia ma 35 lat i dwójkę dzieci, pracuje, zajmuje się domem. Czasem chciałaby gdzieś wyjść z koleżankami. Wtedy prosi męża, by został z dziećmi, które nie wymagają już szczególnej opieki.
– Po pracy idę na siłownię – zwykle odpowiada mąż. I już. On nie widzi powodu, żeby zmieniać swoje plany dlatego, że ona chce wyjść. Dom i rodzina w niczym go nie ograniczają. Za to ona organizuje każdy tydzień, jakby była samotną matką. I powoli zaczyna mieć dość.

Ten artykuł w „Psychology Today” wcale nie był taki banalny. Nawet jeśli prawdy w nim zawarte wydają się oczywiste, to wciąż nie wcielamy ich w życie. I bolejemy nad tym, że coraz więcej jest rozwodów. Ale czy można przeżyć całe życie bez uwzględnienia własnych potrzeb? I niby dlaczego?

W wielu związkach, zgodnie z odwieczną tradycją, męskie potrzeby są faworyzowane wręcz odruchowo, bez celowych działań czy zabiegów obojga. To nie jest w porządku, i ta świadomość w końcu do nas dotrze. Tu nie chodzi o podział obowiązków, w każdym razie nie tylko. Można akceptować nierówny podział pracy, ale pod warunkiem że jest to nasza decyzja, a nie sytuacja braku wyboru. Siła wcale nie kłóci się z miłością. Wręcz przeciwnie. Dobry związek potrzebuje równej siły obojga partnerów, a nie dominacji jednego.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »