Indiańskie ceremonie

fot.123rf

Pracował w umieralni Matki Teresy, został porwany przez przemytników i medytował w aśramie Anthony’ego de Mello. Od lat bierze udział w jednym z najbardziej brutalnych rytuałów na świecie – indiańskim Tańcu Słońca. EDI PYREK, podróżnik, dziennikarz i trener, opowiada o swoich ceremoniach przejścia.
Zacznę banalnie, od pytania o tegoroczne wakacje…

reklama

Nie jeżdżę na wakacje. Za to cały czas podróżuję. Jeszcze jako mały chłopiec zrozumiałem, że – mówiąc górnolotnie – życie jest podróżą. Już samo przemieszczanie się sprawia, że coś odkrywasz, coś, co otwiera w twoim życiu jakiś nowy proces. Po latach podróżowania uświadomiłem sobie, że można podróżować na trzech poziomach. Na początku jedziesz turystycznie, by poznać świat. Potem chcesz lepiej go rozumieć, więc odbywasz podróże intelektualne. Trzecim poziomem są podróże duchowe. Kiedy osiągniesz ten stan, gdy każda wyprawa jest przede wszystkim podróżą do wewnątrz, nie musisz nigdzie wyjeżdżać.

Według twojego przyjaciela Jacka Walkiewicza, autora książki „Pełna MOC życia”, podróże są po to, żeby zobaczyć coś, co już znamy, ale nie zauważamy.

Tu się z Jackiem nie zgadzam, bo to stwierdzenie zakłada, że nasze myślenie się nie zmienia. Jacek zapomina o mocy słów i społeczności. Swego czasu w Stanach i w Wielkiej Brytanii przeprowadzono badania dotyczące przyczyn otyłości. Okazało się, że to, czy będziemy grubi, w dużej mierze zależy od ludzi, jakimi się otaczamy. Z kim przestajesz, takim się stajesz. Ale kiedy wchodzisz w inną społeczność, poznajesz jej sposób myślenia, sam zaczynasz myśleć inaczej. Przecież już mówiąc w innym języku, myślisz inaczej. Bo myślimy za pomocą słów. Indianie Hopi mają w swoim języku tylko czasowniki. U nas „człowiek”, „drzewo”, „świat” to rzeczowniki, coś nazwane, skończone, a u nich człowiek jest tym, co się „człowieczuje”, świat – tym, co się „światuje”. W ich języku, a zatem i w ich sposobie myślenia, zakodowana jest permanentna zmiana. Ale kiedy nie żyjesz z tymi ludźmi, to nie jesteś w stanie ich zrozumieć. Podróże sprawiają, że zaczynasz widzieć inaczej, patrzeć inaczej na świat. Jest taka bardzo poetycka książka Kennetha White’a, „Niebieska droga”, o jego podróży na Labrador. Pisze w niej, że znalazł się w miejscu, w którym musiał od nowa wymyślić język, nazywać rzeczy, bo jego własny język okazał się nieadekwatny do tego, co tam widział. Uznał, że oddać to może jedynie poezja.

Prawdziwa podróż jest momentem transformacji, rite de passage – rytuałem przejścia z jednego świata do drugiego. Wymaga za każdym razem nowego języka, nowego zespołu symboli, nowego myślenia. W prawdziwej podróży natykasz się na rzeczy, które burzą twój sposób postrzegania, działania, twój modus operandi. Zmuszają do skonfrontowania się z twoimi lękami, obawami, do zmiany paradygmatu myślenia na swój temat, na temat wartości, Boga, świata, rodziny, człowieczeństwa, lęku, odwagi…

Kiedy w twoim życiu pojawili się Indianie, o których piszesz w książce „Wszyscy jesteśmy Indianami”?

Zacznę od tego, że bardzo wcześnie osierocił mnie ojciec. Kiedy umarł, zdałem sobie sprawę, że nikt mnie nie nauczył, jak się golić, jak być mężczyzną, partnerem, ojcem, co znaczy być facetem. Ale w wieku 14 lat poznałem wielkiego gnostyka Jerzego Prokopiuka, który założył szkołę dla mnie i dla moich znajomych i uczył nas o Jungu, Freudzie, uczył myślenia. To były niezwykłe lekcje, jednak brakowało mi doświadczeń emocjonalnych, fizycznych. Zacząłem zatem jeździć po świecie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »