Jak zostałem mistrzem zen. Rozmowa z Alexandrem Poraj-Żakiejem

Nie musisz zmieniać swojej codzienności,
zamykać się w klasztorze, inaczej się ubierać i ogolić głowy, żeby rozwijać się duchowo – mówi Alexander Poraj-Żakiej, mistrz zen, uczeń Willigisa Jägera.

Jak u Kundery: Einmal ist Keinmal?

Tak – nie ma powtórek. I nie ma prolongaty, że coś będzie, coś nam się należy, że coś nas spotka na pewno. Na pewno jest tylko tu i teraz. Zawsze jesteśmy na wizji, nigdzie i nigdy nie możemy się schować. Ale nasze nieustanne zamartwianie się tym, co się może stać, w obliczu kruchości naszego życia wydaje się trochę śmieszne. Życie żyje się przecież samo. Oddychanie i trawienie to praca organizmu, nie nasza; to ruch życia, a nie woli. Gdyby czynności życiowe zależały od nas, mielibyśmy jakieś 40 sekund życia. Mówimy: „Jestem głodny”, ale to tylko komentarz do tego, czego chce ciało, które trzeba nakarmić. Możesz analizować, ale nie możesz nic przeciwko temu zrobić.

Twoi przodkowie byli jakiego wyznania?

Babcia była protestantką, ale w połowie życia przeszła na katolicyzm. Matka – katoliczką, ojciec – agnostykiem. Od dziecka szukałem odpowiedzi na różne pytania: Kim jestem? O co w tym wszystkim chodzi? Chciałem być mnichem. Ze względu na sposób bycia: być mnichem znaczyło dla mnie tyle, co po prostu być. Fascynacja wynikała również z piękna klasztornej architektury. Wyobrażałem sobie, że w klasztorze będę smakował życie w dobrych, ludzkich dawkach: będzie czas na jedzenie, na spanie, na modlitwę. W klasztorach spędzałem wszystkie wakacje. Odwiedziłem benedyktynów, trapistów i kartuzów w całej Europie. Fascynowałem się nimi krótko, bo szybko odkryłem, że wcale nie chodzi o bycie, ale o moralność. Im bardziej kontemplatywny klasztor, tym więcej się w nim modlą. Umartwiają się, żeby kiedyś było lepiej. Dla mnie to jakaś perwersja bytu. Wszystko, co jest tu i teraz, jest w klasztorach chrześcijańskich niewystarczające: jeszcze nie tu, jeszcze nie teraz.

Szukałeś dalej?

Nie wiedziałem, czego chcę, ale wiedziałem, czego nie chcę. Wybrałem studia teologiczne we Fryburgu. Teologia była na wydziale państwowym. Na początku jeszcze myślałem, że będę miał coś wspólnego z Kościołem katolickim, ale szybko zrozumiałem, że i to nie dla mnie, że tam nie znajdę tego, czego szukam.

Trafiłeś do Willigisa Jägera

Po studiach pracowałem w koncernie farmaceutycznym w Niemczech jako specjalista od marketingu. Zacząłem pracę i czułem, że to nie dla mnie, ale musiałem spłacić długi zaciągnięte od państwa na studia. Wiedziałem, że muszę sobie znaleźć mistrza duchowego. Nigdy nie interesowałem się Wschodem, ale kiedy odkryłem zen, zrozumiałem, że o tym właśnie mówi nasz chrześcijański mistyk Eckhart. Zen to esencja obecności, stan umysłu, sposób bycia. Zredukowałem swój stan posiadania do dwóch walizek i zacząłem jeździć po świecie. Odwiedziłem kilka europejskich klasztorów zen, kilka w USA i znów przeżyłem szok. Były tak pełne religii i obwarowane tyloma zakazami i nakazami, że całkowicie przeczyły temu, czym w moim odczuciu zen jest. Aż w końcu ktoś polecił mi Willigisa Jägera. Pojechałem do Würzburga. Uderzyła mnie jego otwartość i brak religijności. Nie wymagał bycia chrześcijaninem czy buddystą. Zostałem w Würzburgu w ośrodku kontemplacyjnym zen. Przez trzy lata cztery godziny dziennie pracowałem w kuchni, przez resztę czasu medytowałem. Po tych trzech latach wyszedłem z klasztoru i wróciłem do pracy poza nim. Klasztor nie jest na 40 lat życia, na dożywocie. Klasztor to trening.

W jakich okolicznościach zostałeś mistrzem zen?

Po opuszczeniu klasztoru ożeniłem się, rozwiodłem, napisałem doktorat o pojęciu osobowości w mistyce Eckharta i w zen. Zacząłem pracę w firmie konsultingowej, znów się ożeniłem, urodziły się moje córki. I znów się przeprowadzałem: Monachium, Berlin. Zostałem prezesem sieci niemieckich szpitali. Jednocześnie uczyłem zen, organizowałem warsztaty. Przeprowadziliśmy się do Hiszpanii, gdzie nauczałem zen. Któregoś dnia zadzwonił Willigis i zapytał, czy jestem gotów zostać jego następcą? Byłem gotów. Wróciliśmy do Niemiec. Willigis mianował oprócz mnie trzech mistrzów. Jesteśmy największą europejską szkołą zen. Założyliśmy też razem z mistrzem fundację Mądrość Wschodu i Zachodu. To platforma pozwalająca rozwijać dalej myśl Willigisa Jägera, łączyć dorobek Wschodu i Zachodu nie tylko w sferze kontemplacji i mistyki, ale także pedagogiki, biznesu, zdrowia, sztuki. Fundację założyliśmy także w Polsce i w Hiszpanii. Chcemy pokazać, że nie musisz zmieniać swojej codzienności, żeby rozwijać się duchowo. Nie musisz zamykać się w klasztorze, zmieniać sposobu ubierania się, nie musisz golić głowy. W potoczności codzienności można zobaczyć, czym ta codzienność naprawdę jest.